Środa, 28 listopada 1984 roku – dzień, w którym sześcioletnia Ola otrzymuje szpik od swojej młodszej siostry Kasi. Dokonuje Pan wtedy pierwszego udanego przeszczepienia szpiku kostnego w Polsce w szpitalu przy ulicy Szaserów i zapisuje się na kartach historii polskiej hematologii. Zanim jednak do tego doszło, było wiele lat prób. Jak wspomina Pan tamten czas początków?
Prof. Wiesław Jędrzejczak: Trzeba powiedzieć, że dojście do tego dnia trwało parę miesięcy, a w momencie wykonywania samego zabiegu oczywiście nie było wiadomo, czy będzie udany. To, że jest udany doraźnie, okazało się mniej więcej przed świętami Bożego Narodzenia. Samo przyjmowanie się szpiku zajmuje kilka tygodni – w tej sytuacji były to prawie cztery tygodnie, więc to jest proces.

To przecież zajmuje czas: komórki muszą się podzielić, wytworzyć wystarczającą ich liczbę i zacząć trwale je produkować. To jest właśnie to zagrożenie. My mieliśmy bardzo dużo szczęścia, bo dwa główne niebezpieczne powikłania po prostu nie wystąpiły – mam na myśli chorobę przeszczep przeciw gospodarzowi (GvHD) i zakażenie wirusem cytomegalii. To była kwestia szczęścia. Reszta była bardzo ciężko wypracowana przez kilka lat przygotowań.
A co kryje się pod ciężko wypracowanym przygotowaniem?
Te lata przygotowań były konieczne, bo prawda jest taka, że to były czasy, kiedy tego w ogóle na świecie jeszcze nie było. Dysponowaliśmy pracą Thomasa i Storba na temat pobierania szpiku z kolca biodrowego tylnego, ale tam na przykład wystrzykiwano zawartość strzykawek pobranych ze szpiku do zwykłych zlewek. Jak sobie pomyślałem, że mam odpowiadać za to, że coś, co jest w otwartej zlewce na sali operacyjnej, zostanie podane dożylnie człowiekowi pozbawionemu odporności, stwierdziłem, że tak być nie może.
W związku z tym opracowałem tak zwaną metodę zamkniętą pobierania. Polegała ona na tym, że były specjalnie zbudowane urządzenia, filtry do szpiku. Trochę szczęścia nam dopisało, bo chodziło o to, żeby z jednej strony wstrzykiwać zawartość do zamkniętej butelki, a z drugiej uzyskać zawiesinę jednokomórkową. Szpik pobierany to są grudki, a grudek się nie wszczepi. Aby komórka macierzysta mogła, mówiąc w cudzysłowie: „wyjść z naczynia krwionośnego do szpiku”, musi być pojedyncza. Przetłaczaliśmy więc szpik przez sitko, które okazało się zrobione z sitka od sokowirówki. Akurat miała ona znakomite sitka ze stali nierdzewnej, o średnicy porów trzysta mikrometrów, a współpracujący ze mną rzemieślnik, pan Struzik, po prostu przyciął je nożyczkami do naszych potrzeb.
Ale prócz sitka była również igła…
Ten pierwszy zabieg wykonywaliśmy igłą mostkową dla dorosłych, polskiej produkcji, bo był to zabieg u czteroletniego dziecka. Pobieraliśmy we dwójkę, z doktorem Jurkiem Pejczem z Wrocławia, i zdarzyło się, że moja igła rozleciała mi się w rękach – w dziecku został sztyft, a w mojej dłoni sam uchwyt. Poprosiłem wtedy o kombinerki i wyciągnąłem tę igłę z dziecka. Kolejne zabiegi wykonywałem już specjalną igłą, którą skonstruowałem i która potem przez wiele lat służyła nie tylko mnie, ale i innym. Były już robione przez rzemieślników specjalnie do pobierania z tylnych kolców biodrowych.
A gdy wraca Pan wspomnieniami do tamtego historycznego wydarzenia to czy człowiek czuje wówczas, że robi coś wyjątkowego i przełomowego?
Specjalnie nie. Nam przede wszystkim chodziło o to, żeby uratować życie tego dziecka. To była dziewczynka, która od urodzenia nie wytwarzała krwinek czerwonych. Żyła dzięki sześćdziesięciu przetoczeniom krwi. Zaczynała się u niej rozwijać marskość wątroby, więc czekać już specjalnie nie można było – trzeba było podjąć tę próbę.
Natomiast z punktu widzenia przeżywania, największe przeżycie nie wiązało się z samym przeszczepieniem, tylko z kondycjonowaniem, o którym wcześniej wspominałem. Trzeba było wówczas podać ogromne dawki cytostatyków i namówić sześcioletnie dziecko, żeby łykało te garście tabletek za każdym razem. I nie wiedziałem, czy namawiam to dziecko do samobójstwa, czy ratuję mu życie. Wyszło, jak wyszło, ale, jak mówiłem, była w tym pewna doza szczęścia.
Poza tym problem polegał jeszcze na tym, że leki, których używaliśmy do kondycjonowania, nie były tymi samymi lekami, mimo że metoda była już opisana – rok wcześniej, w „New England Journal of Medicine”, przez George’a Santosa, jednego z wielkich pionierów przeszczepiania szpiku w Stanach Zjednoczonych, z którym notabene mam też wspólną pracę. On stosował skojarzenie busulfanu z cyklofosfamidem, ale jego busulfan pochodził od firmy Wellcome, do której my nie mieliśmy dostępu. Mieliśmy za to dostęp do busulfanu firmy Polfa Kraków, którego nigdy wcześniej nie stosowano w tak wielkich dawkach – to była rzecz niewiadoma. Poza tym on stosował cyklofosfamid innej produkcji, a my mieliśmy cyklofosfamid produkcji NRD. Oba leki podawane więc były w ogromnych dawkach, jakich nikt wcześniej, w żadnym innym kraju, nie stosował. To było nowe. Ta metoda została zresztą wybrana z paru względów.

Mamy czas komuny. Sam Pan Profesor powiedział kiedyś, że w tamtym czasie medycyna była z konieczności improwizowana, że potrzebowaliście zgody tak zwanej komisji do spraw eksperymentów na ludziach. Obecnie jakiekolwiek przełomowe terapie muszą przejść długą drogę do praktyki klinicznej. Czy ówczesne osiągnięcie, w dobie dzisiejszych obwarowań, byłoby w ogóle możliwe?
Trudno powiedzieć. Na pewno nie byłoby możliwe przy wykonaniu przez ludzi o takich formalnych kwalifikacjach, jakie myśmy mieli. Bo trzeba powiedzieć, że z członków ścisłego zespołu dwóch ludzi miało specjalizację z interny. Żadnego hematologa nie było ani transplantologa, bo taka specjalizacja jak transplantologia wtedy jeszcze nie istniała. To byłem ja i mój szef, wtedy jeszcze docent, Maksymilian Siekierzyński. Inni koledzy, jak Czarek Szczylik, Zygmunt Pojda czy Mariusz Ratajczak, mieli tak zwane jedynki z interny, czyli dwuletnie specjalizacje – przy czym Szczylik i Ratajczak z interny, a Pojda z pediatrii. Takie były formalne kwalifikacje tego zespołu. Nie było żadnej wspomagającej struktury, jak dziś, kiedy przeszczepianie szpiku jest obudowane całą masą różnych specjalności. My, jako instytucja, robiliśmy wszystko tą grupką ludzi sami.
Z drugiej strony, ten cały nasz zespolik pracował na jednego chorego, bo jednoczasowo mogliśmy przeszczepiać tylko jedną osobę. Mieliśmy tylko jedno pomieszczenie, które udostępnił nam docent Siekierzyński: separatkę, tyle że tylko z toaletą, bez łazienki. Kolejny problem był taki, że nie dano nam dodatkowych pielęgniarek. To zresztą było pewnie w pewnej mierze zamierzone, żebyśmy przypadkiem nie spróbowali. Wymyśliliśmy więc obejście: hospitalizować dziecko czy chorego z opiekunem, bo potem przeszczepialiśmy też dorosłych.
Akurat tak się złożyło, że ojcem tej pierwszej chorej był lekarz weterynarii, czyli osoba w jakiejś mierze fachowa. Efektem ubocznym było zorientowanie się, że obecność rodzica przy dziecku odgrywa znakomitą rolę psychologiczną. Trzeba powiedzieć, że w tamtym czasie dzieci nie były hospitalizowane z rodzicami. Rodzice mieli dwie dwugodzinne wizyty w tygodniu, a jeśli dziecko leżało dłużej, to miało tak zwaną chorobę sierocą. My właściwie przełamaliśmy ten stereotyp i zobaczyliśmy, że to rozwiązuje całą masę problemów. Rozwiązuje też coś dla samych rodziców, gdy zabieg się nie udaje, bo widzą, jak ogromny wysiłek wkłada się w to, żeby uratować to jedno dziecko.
Czyli można powiedzieć, że w tym szaleństwie była metoda?
Dokładnie tak.
O innowatorach ze szpitala przy Szaserów nie pisał nikt. Podobno był zakaz cenzorski. Niemal rok później prof. Religa przeprowadza jako pierwszy udany przeszczep serca w Polsce – rozpoczyna się gorąca wrzawa medialna wokół etycznych i moralnych aspektów przeszczepów. Wcześniej mieliście Państwo braki w sprzęcie i etatach, o Państwa sukcesie napisano dopiero po jakimś czasie, a trzy lata później rozwiązano Pański zespół. Co Pan wtedy czuł: satysfakcję z sukcesu medycznego czy gorycz, że nikt tego sukcesu realnie nie chciał wykorzystać?
Przede wszystkim byłem niezwykle rozgoryczony. Niech pan sobie wyobrazi – włożyłem wiele lat pracy nie tylko w siebie, ale i w moich współpracowników, których przecież musiałem w tym zakresie wykształcić. To się nie stało samo z siebie. Wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, bo taką propozycję mi złożono, dano mi zgodę na wyjazd i prawdę mówiąc długo się zastanawiałem, czy w ogóle wracać do Polski. Zmienił się jednak system, więc postanowiłem wrócić. Zresztą przez długi czas nie była to, powiedziałbym, decyzja specjalnie trafna, bo w dalszym ciągu nie mogłem w wojsku wrócić do przeszczepiania. Moi koledzy zaczęli już swoje niezależne kariery. Ja próbowałem szukać pracy gdzie indziej. Najpierw w Centrum Zdrowia Dziecka, ale tam zmieniła się dyrekcja, a nowy dyrektor stwierdził, że żadnego przeszczepiania szpiku nie chce. Potem pojawił się pomysł, żebym zaczął coś takiego w Krakowie, w polsko-amerykańskim instytucie, ale tam wszystko trzeba było wybudować od podstaw, więc zrobiłem plany i powoli przygotowywałem się do przejścia do Krakowa.
Natomiast w pewnym momencie zostałem zawiadomiony, że ogłoszono konkurs w Akademii Medycznej w Warszawie. Zawiadomił mnie o tym ówczesny rektor, prof. Andrzej Górski. Powiedział, że nie może zagwarantować, że wygram, ale że konkurs jest otwarty i bardzo by chciał, żebym w nim wystartował, bo zorientował się, że wśród jego znajomych są osoby gotowe poprzeć moją kandydaturę. Ten konkurs ostatecznie wygrałem i przeszedłem tutaj. Zacząłem od zera, z nowymi ludźmi. Zajęło mi około półtora roku stworzenie całej bazy od podstaw, przygotowanie zespołu i rozpoczęcie przeszczepiania.
Czyli jednak ta gorycz zdecydowanie przeważyła, a także fakt, że nikt tego sukcesu realnie nie chciał wykorzystać?
Było bardzo dużo goryczy. Gdybym poszedł za ciosem i rozwijał przeszczepianie szpiku od roku osiemdziesiątego czwartego w sposób ciągły, moja pozycja międzynarodowa w tej dziedzinie byłaby nieporównywalnie większa i lepsza niż w sytuacji, w której zaczynałem ponownie na przełomie wieków, czyli w 1999 roku. To już zupełnie inna bajka, kilkanaście lat później.
A skoro mowa o tamtych okolicznościach – czytelnicy być może nie wiedzą, że jest Pan emerytowanym pułkownikiem Wojska Polskiego. Mundur w Pana karierze bardziej pomagał czy przeszkadzał?
Wie pan, ja sam usiłuję zrozumieć, dlaczego spotkało mnie to, co mnie spotkało, w tym niedobrym sensie, bo moim zdaniem było to idiotyczne postępowanie ze strony ówczesnego szefa służby zdrowia, właściwie zupełnie nieracjonalne, bo było wbrew, jak sądzę, jego własnym interesom – miałby przecież sukces! Więc tego nie wiem.
Natomiast moją karierę w wojsku można rozdzielić na dwie części. Do czasu habilitacji, powiedzmy sobie szczerze, byłem dzieckiem szczęścia. Skończyłem uczelnię kształcącą lekarzy do jednostek wojskowych, nie mając żadnego wojskowego ani lekarza w rodzinie, i trafiłem od razu do centralnego szpitala w Warszawie. Był tam taki mechanizm, że za oceny otrzymywało się punkty, z których robiła się lokata – ja miałem trzecią na swoim roku, a system był taki, że trzej pierwsi nie szli do jednostek wojskowych, tylko od razu do klinik. W ten sposób trafiłem do oddziału izotopowego.
Drugim moim szczęściem był ówczesny doktor Siekierzyński. To człowiek trochę cienia, inaczej mówiąc ktoś, kto nie lubi się publicznie pokazywać, ale o niezwykle szerokich horyzontach i to w znacznej mierze dzięki niemu mogła się rozwinąć moja dalsza kariera. Można powiedzieć, że stworzył nade mną parasol, pod którym mogłem się rozwijać. Kolejnym takim człowiekiem był ówczesny komendant tego szpitala, profesor Sylwester Czaplicki – kardiolog, co ciekawe, który był moim kierownikiem specjalizacji i opiekunem habilitacji. Dopóki ten duet miał cokolwiek do powiedzenia, moja kariera rozwijała się bardzo dobrze. Sytuacja, w której dwudziestosiedmioletni oficer, porucznik ludowego Wojska Polskiego, dostaje pozwolenie na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, i to do wojskowej instytucji amerykańskiej, jest zupełnie nietypowa, a jednak się wydarzyła.
Były to oczywiście trochę inne czasy. Z pana punktu widzenia komuna mogła wydawać się jednorodnym okresem, ale tak naprawdę był to szereg bardzo różnych okresów. Ja skorzystałem z tego, że to już był Gierek, czyli zupełnie inne nastawienie, bo Gierek był człowiekiem wychowanym na Zachodzie, prozachodnim, mówił po francusku. To były pod tym względem bardzo ciekawe czasy: wydawało się, że w jakimś sensie te obietnice socjalizmu się spełniają. Można było kupić owe sto dolarów, pojechać na Zachód, mieć małego Fiata i się nim poruszać. Wie pan, cała późniejsza zmiana polityczna w Polsce wynikła właśnie z tego, że masa ludzi kupiła te sto dolarów, pojechała tym małym Fiatem i zobaczyła, że może być inaczej. Inaczej by się to pewnie nie stało, ale dzięki temu otwarciu ludzie się po prostu zmienili.
W jednym z wywiadów, prawie dziesięć lat temu, powiedział Pan, że w samej Polsce trudno wykształcić naukowca międzynarodowej klasy. Czy nadal Pan tak uważa, czy jednak polska medycyna należy już do pierwszoligowych zawodników?
Nie, myślę, że jest jeszcze trudniej. Po pierwsze jesteśmy stosunkowo małym krajem. Po drugie, nauka jest u nas prawie niefinansowana – jesteśmy jednym z krajów, które najmniej pieniędzy na naukę wydają. Poza tym pana pokolenie już za bardzo nie chce wyjeżdżać. Trzeba powiedzieć, że w czasach komuny wyjazd na Zachód ustawiał człowieka nie tylko naukowo, w jakimś znakomitym ośrodku, ale i finansowo. Ja, będąc w stopniu uposażeniowym 11 (na 18) amerykańskiego wojska zarabiałem tam prawie dwa tysiące dolarów miesięcznie, podczas gdy równowartość mojej pensji oficerskiej w Polsce wynosiła jakieś pięćdziesiąt dolarów. Kiedy przywiozłem do Polski te kilka tysięcy zaoszczędzonych dolarów, byłem właściwie całkowicie niezależny finansowo. I tak było z prawie wszystkimi, którzy wyjeżdżali na te stypendia. Dziś ludzie w Polsce zarabiają często więcej niż w Stanach Zjednoczonych, więc nie bardzo chcą wyjeżdżać.
Druga sprawa – ten system nie jest dziś tak otwarty. Wszystkie specjalizacje liczy się dziś dzień do dnia, podczas gdy mój rok pobytu w Stanach wliczał się wtedy do stażu specjalizacyjnego. Specjalizację z interny zdawałem dokładnie pięć lat po rozpoczęciu, czyli po zakończeniu stażu podyplomowego i w żaden sposób to nie kolidowało. Właściwie miałem nawet nie zdawać tej interny, bo robiłem już habilitację, a opóźniały się jej recenzje. Wtedy profesor Czaplicki powiedział: „Panie Wiesiu, niech Pan jednak zda tę internę, żeby potem nie mówili, że dostał pan specjalizację przy zielonym stoliku”. Wróciłem do domu i powiedziałem żonie, że musi pojechać z dzieckiem do teściowej, bo ja muszę się na gwałt uczyć – kolokwium habilitacyjne mnie w ogóle nie przerażało, do tego byłem przygotowany, ale internę musiałem zdać, mając na przygotowanie ledwie dwa miesiące. Ale się zakuwało i zdałem, a tydzień później miałem już kolokwium habilitacyjne. Na egzaminie z interny akurat trafiło mi się pytanie o zawał serca, a przewodniczącym komisji egzaminacyjnej był najwybitniejszy ówczesny kardiolog profesor Dymitr Aleksandrow.
Systematyczność i racjonalne podejście do tematu. Ale czy przez ponad czterdzieści lat pracy zdarzyło się Panu zwątpić w tę racjonalną, naukową postawę w moment, w którym emocje okazały się silniejsze niż metoda?
Nie. Jestem, jak większość naukowców, sceptykiem, więc wątpię z natury. Ale, także ze względu na doświadczenie życiowe, znam mniej więcej różne mechanizmy i wiem, że w tym wszystkim zawsze jest pewien margines przypadku.

Na przykład wprowadzałem chemioterapię nowotworów w dawkach, jakich ówczesne centrum onkologii w ogóle nie stosowało. Pierwszą rzeczą, jaka wybuchła, był skandal, bo zrobiono choremu zdjęcie radiologiczne i stwierdzono, że nagle nie ma raka płuca, chociaż wcześniej był. Pierwsza myśl była taka, że technik pomylił zdjęcia albo błędnie je opisał. Na szczęście kolega, obecnie już emerytowany profesor Eugeniusz Dziuk, który z kolei wdrażał w Polsce medycynę nuklearną, robił scyntygrafię płuc właśnie u moich chorych na raka płuca, bo wtedy zajmowałem się rakiem płuca, takich chorych było wtedy najwięcej i udokumentował, że przed chemioterapią rak jest, a po chemioterapii raka nie ma. Wprawdzie to nie było wyleczenie tylko przejściowa remisja, ale sytuacja stała się więc już inna. Poza tym sprawę rozładował trochę docent Adam Michałowski z Centrum Onkologii, którego poznałem przy innej okazji i o którym wiedziałem, że jest mi życzliwy. Spotkałem go kiedyś na przystanku i powiedziałem, jak niektórzy się do mnie odnoszą. Odpowiedział: „Wie Pan co? Po pierwsze musi się Pan znać na skutkach ubocznych lepiej niż ktokolwiek, a po drugie, ja Panu zorganizuję wykład w Instytucie Onkologii. Albo się Pan obroni, albo nie”. Zorganizował i raczej się obroniłem.
Mówię to z perspektywy człowieka, który wtedy nie miał nawet dwójki z interny, tylko jedynkę, czyli taką dwuletnią specjalizację, a potem doktorat. To było jakieś dziwne stworzenie, które chodziło, robiło rzeczy, stosowało leki, jakich nikt wcześniej nie stosował, pisało do amerykańskich Narodowych Instytutów Zdrowia i dostawało leki, których w Polsce w ogóle nie było. Takie leki doświadczalne wtedy istniały i były udostępniane, także w Stanach Zjednoczonych, w ramach medycyny publicznej – jeśli miało się jakieś publikacje i się o to napisało, amerykański Narodowy Instytut Zdrowia przysyłał lek doświadczalny do użytku doraźnego. Nie miało to w tamtym momencie żadnego kontekstu finansowego, ale można było tak robić – nie było jeszcze komisji bioetycznej, kiedy zaczynałem tę chemioterapię.
Dopiero gdy przymierzałem się do przeszczepiania szpiku, powołano pierwszą taką komisję, nazywała się komisją do spraw doświadczeń na ludziach. Były dwie takie komisje, które ostatecznie dały mi zgodę, w tym komisja Centrum Zdrowia Dziecka, kierowana przez byłego rektora Akademii Medycznej, profesora Górnickiego. Nasz zespół to był zespół bardzo młodych ludzi: profesor Siekierzyński był ode mnie starszy o dwanaście lat, ale ja, kiedy przeszczepialiśmy, miałem trzydzieści siedem lat, Czarek Szczylik – pięć lat mniej, czyli trzydzieści dwa, Pojda był ode mnie trzy lata młodszy, a Ratajczak jeszcze młodszy, bo osiem lat. Cały ten zespół miał wtedy w okolicach trzydziestki.
Wracając do tego, ilu ludzi Pan w ten sposób uratował – powiedział Pan kiedyś, że w Polsce żyje „miasto ludzi uratowanych dzięki przeszczepom szpiku”. Czy poczucie odpowiedzialności, choćby pośredniej, za istnienie tylu istnień bywa ciężarem, czy wyłącznie satysfakcją? Jak to jest nosić w sobie taką liczbę, której nigdy się dokładnie nie pozna?
Myślę, że satysfakcją. Bo w ogóle satysfakcja lekarza polega na tym, że idzie się na przykład przez supermarket i z daleka widzi swojego dawnego chorego, widzi, że on tam coś kupuje, coś robi – i człowiek ma świadomość, że to jest trochę takie boskie uczucie: że tego człowieka by nie było, nie przeżywałby tego, co przeżywa, gdyby nie ja. To jest jakaś największa satysfakcja. Nie chodzi o to, żeby mi podziękował, on mnie pewnie w ogóle nie widzi, tylko że ja sobie patrzę na to z boku i mogę sobie powiedzieć, że to jest tylko dla mnie. Poczucie, że zrobiłem coś ważnego.
I na zakończenie: 13 października obchodzimy Dzień Dawcy Szpiku. Co powiedziałby Pan potencjalnym dawcom i biorcom?
Po pierwsze dawcom powiedziałbym, że cały czas na nich liczymy. Owszem, pojawiły się alternatywne metody – choć czy one są naprawdę alternatywne? One po prostu dopełniają możliwości, ale w dalszym ciągu nie eliminują przeszczepiania. Wielu z nas liczy zresztą na to, że kiedyś przeszczepianie zostanie wyeliminowane. Kiedyś miałem wykład plenarny na zjeździe hematologów i zacytowałem Szekspira, że pojawiły się straszne choroby i straszne metody ich zwalczania.

Trzeba przy tym powiedzieć, że ten ostatni przebój, czyli komórki CAR-T, to metoda niewiele mniej agresywna niż przeszczepianie komórek krwiotwórczych, więc też nie spełnia tego warunku.
Jeśli chodzi o biorców, oni specjalnie nie mają wyboru. Przeszczepienia szpiku nie oferuje się przecież osobom, które mają jakiś wybór. Choć oczywiście są tacy, którzy w pewnym sensie wybór mają, jeżeli ktoś jest w moim wieku, a mam 79 lat, to mój wybór polegałby na tym, czy w ogóle poddawać się przeszczepieniu, czy nie, bo nie walczę już o przeżycie kolejnych dwudziestu lat. Gdybym miał taką chorobę i przeżył jeszcze kilka lat, to byłoby dokładnie to, czego bym od życia oczekiwał. Więc pytanie brzmi: iść na ryzyko wyleczenia, wiedząc, że w ciągu miesiąca można, w kilkudziesięciu procentach przypadków – umrzeć czy zaakceptować sytuację, w której ma się chorobę przewlekłą i będzie się jeszcze żyło kilka lat, oczywiście biorąc leki, ale mając dużą gwarancję, że te kilka lat się przeżyje. To jest w tym momencie realny wybór. Ale jeżeli w takiej sytuacji jest dwudziestolatek, który walczy o kolejne pięćdziesiąt lat, a Ola Przybylska żyje już czterdzieści dwa lata po przeszczepieniu, to jego ryzyko niepowodzenia zabiegu jest znacznie mniejsze, bo ma większe zdolności regeneracyjne i nie ma schorzeń towarzyszących. To jest sytuacja decyzyjna zupełnie inna.
Oczywiście, to nie jest tak, że przeszczepianie szpiku jest metodą cudowną. Jest cudowną o tyle, że wielu ludziom w beznadziejnej sytuacji ratuje życie, ale, jak czasem mówię, a to jest moje ulubione powiedzenie – to jest pływająca brzytwa.
