27 maja 2026 / Emil Zawieja

Przez śmiech do serca – recenzja książki „Onkostory"

Już po przeczytaniu opisu „Onkostory” można zauważyć, że autor postawił sobie trudne zadanie – bowiem napisanie intrygującego zbioru opowiadań, który ma opowiadać o „codzienności zmagań z nowotworem i szpitalnej rzeczywistości z męskiej perspektywy” do łatwych zleceń z pewnością nie należy. W sporej części książki Łukaszowi Ludwisiakowi to zadanie się jednak udaje.

Przez śmiech do serca – recenzja książki „Onkostory"

Duża w tym zasługa ironicznego, przepełnionego humorem stylu narracyjnego – Ludwisiak z naturalną lekkością opisuje rzeczy trudne, co znacznie ułatwia odbiór opowiadań. Ten styl przywodzi na myśl recenzowaną w przeszłości książkę Krzysztofa Kocha pt. „Rak? Nie, dziękuję” – obaj autorzy w humorze upatrywali narzędzia, które pozwalało im oswoić się z chorobą, jednocześnie ułatwiając czytelnikowi przyjęcie historii. Co prawda, nie wszystkie żarty opowiadane przez autora „Onkostory” mnie rozbawiły. Niektóre wydały mi się wręcz zupełnie nietrafione, ale ogólny timing komediowy i ironiczne podejście do wielu aspektów choroby ostatecznie mnie kupiły.

Ten humorystyczny styl, który dominował w „Onkostory”, zyskuje na sile dzięki kontrastowi z poważnymi, skłaniającymi do refleksji puentami opowiadań. Szczególnie zapadły mi w pamięć uniwersalne wskazówki, które można zastosować w codziennym życiu – o tym, jak radzić sobie z problemami oraz znakomicie przekazana rada, że aby komuś pomóc, trzeba „mówić do niego w jego języku” (tzn. dostosować rodzaj komunikacji do oczekiwań odbiorcy). Przyjemną zmianę perspektywy dostarczyły też dwa ostatnie rozdziały, napisane przez żonę Łukasza Ludwisiaka oraz doktor, która się nim opiekowała. Pozwoliły spojrzeć na te same wydarzenia z innego punktu widzenia.

Na kilka słów zasługuje także wizualna część książki. Niebanalny styl obrazków, które pojawiały się raz po raz na środku strony, mocno przykuwał oko. Szczególnie doceniam kreatywne podejścia do tych ilustracji, które „zapowiadały”, o czym będzie dany tekst (jak np. umieszczenie słynnych okularów „lenonków”, gdy fragment opowiadał o Johnie Lennonie). Wykorzystanie zdjęć autora z różnych okresów hospitalizacji to także dobra decyzja – pozwalała lepiej wczuć się i w pewnym sensie „poznać” Łukasza Ludwisiaka.

Oprócz uniwersalnych lekcji życiowych i ciekawego stylu wizualnego „Onkostory” to także skarbnica wiedzy, jeśli chodzi o procedury onkologiczne oraz niuanse związane z leczeniem. Główny bohater zmagający się z chłoniakiem Hodgkina opisuje całą podróż leczenia w sposób całkiem przystępny. Wszystkie terminy zostały wyjaśnione tak, aby ktoś, kto pierwszy raz ma styczność z tymi określeniami, był w stanie je zrozumieć i mógł skupić się na samej fabule opowiadań.

Niestety sama historia jest dla mnie najsłabszym punktem „Onkostory” – co nie znaczy, że była wyjątkowo zła. Po prostu nie wyróżniała się niczym szczególnym wobec innych podobnych pozycji, a mimo dość małej objętości tekstu czytanie czasem się dłużyło. Mimo to, po skończonej lekturze poczułem, że dobrze spędziłem czas. Ostatecznie przeciętna historia utonęła bowiem w morzu zalet – świetnym stylu narracyjnym, ciekawej oprawie wizualnej i fragmentach edukacyjnych. Łukasz Ludwisiak udowodnił, że nie trzeba niesamowitej historii, aby stworzyć dobrą książkę, z której można wyciągnąć masę przydatnych lekcji.

MOJA OCENA: 7/10

Podobne artykuły