25.09.2017 / E. Kolasińska-Bazan / hematoonkologia.pl / Aktualności

Pacjent to człowiek, bliźni

Z prof. Wiesławem W. Jędrzejczakiem, konsultantem krajowym ds. hematologii, kierownikiem Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego rozmawia Edyta Kolasińska - Bazan.


Urodził się Pan w Gdyni w… Czy mogę podać datę Pana urodzin?

Ależ oczywiście, to żadna tajemnica.

Przyszedł Pan na świat 1. października 1947 r.

Ta data ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Dzięki niej będę pracował o rok dłużej. Dlatego, że polskie prawo dotyczące profesorów mówi, że profesorowie pracują do końca roku akademickiego w którym kończą 70 lat.

Rozmawiamy na ponad miesiąc przed Pana siedemdziesiątymi urodzinami.

Ale dzięki temu, że urodziłem się 1 października będę pracował o rok dłużej. Chodzi o to, że rok akademicki kończy się 30 września i ja urodziłem się już z początkiem następnego roku akademickiego. [uśmiech]

I właśnie ten jeden dzień robi zasadniczą różnicę. Zaważył na całym roku!

No tak! Prof. Kazimierz Kuliczkowski urodził się 30 września 1947 roku i przechodzi na emeryturę w tym roku, a w ogóle mówi do mnie „smarkaczu”. Ma zresztą pełne prawo. [śmiech].

No tak, w tych okolicznościach ma prawo. [śmiech]

Bo jest ode mnie starszy o jeden dzień. [śmiech].

Przyznam, że nie wiedziałam, czy od początku rozmowa potoczy się „z uśmiechem” w tle, choć oczywiście znam Pana poczucie humoru i bardzo je sobie cenię. Zatem zmienię kolejność przygotowanych pytań i nawiążę do opinii krążących o Panu wśród studentów medycyny i świeżo upieczonych lekarzy...

Będzie ciekawie…

Na to liczę. Na szóstym roku prowadzonym przez Pana przedmiotem jest Onkologia. Trochę podpytałam i dowiedziałam się np., że: nie ma takich wykładowców, jak prof. Jędrzejczak, że „On jest jedyny w swoim rodzaju.”

Każdy jest jedyny, na szczęście. Z wyjątkiem, tych którzy mają bliźniaka jednojajowego. [uśmiech] Na szczęście rodzaj ludzki tak został ukształtowany. Jesteśmy kundlami.

Brnę dalej – czy hematolog może być poetą?

Wielu lekarzy jest poetami, to prawda. Choć napisałem w życiu kilka wierszy (jak chyba każdy), to poetą nie jestem.

To może przejdę do konkretu i przeczytam COŚ … Pana autorstwa?

Proszę…  [uśmiech]

Jeśli nie chcesz mieć raczyska

Nie kładź peta do pyska!

Tobie również skróci życie

Nieumiarkowane picie.

By wstąpiły w Ciebie moce,

Jedz warzywa i owoce,

Ćwicz nad rzeką i pod lasem

I nie waż się być grubasem!

A na plaży nie piecz raka,

Bo doczekasz się czerniaka!

I poprawisz sobie wszystko,

Jeśli dbasz o środowisko.

Nie lekceważ guzków, ranek,

Znamion, krwawień i ich zmianek.

Chudnięcia, kaszlu i chrypki.

No i pytaj się kobitki,

Czy zrobiła sobie wymaz

I czy dała temu wyraz,

Żeby zrobić mammografię,

A nie zwykłą fotografię.

Gdy usłuchasz tej to mowy,

Zmniejszysz raka do połowy.

 

Zezwala Pan na zacytowanie całości?

Oczywiście. To rymowana wersja Europejskiego Kodeksu Walki z Rakiem. Podczas wykładów posługuję się wierszykami jako mnemotechniką, czyli czymś, co ma ułatwić zapamiętanie tego, co jest trudne a jednocześnie kluczowe dla zapamiętania.

Studenci podkreślają, że to jest świetne, obrazowe i szybko nasuwa skojarzenia.

To jest moje rzemiosło jako wykładowcy. Inną technologią, którą stosuję, to nośniki, czyli wprowadzanie w wykład pewnego rodzaju skojarzenia, które ma ułatwić zapamiętanie kluczowej sprawy dla danego problemu.

Podzieli się Pan przykładem wykorzystania przez siebie tej techniki?

Miałem kiedyś wykład o przeciwciałach. Wyświetliłem na początek reprodukcję obrazu Modiglianiego z kobiecym aktem. Wszyscy się obudzili!

Nie wątpię…

Powiedziałem – to jest ciało i dodałem: muszę państwa przeprosić, mój temat jest mniej atrakcyjny, bo brzmi: przeciw - ciało. [uśmiech] Dzięki temu nośnikowi wyczuwałem duże zainteresowanie wśród słuchaczy. [śmiech]

Wróćmy do zacytowanego wierszyka. Jego pełny tytuł to „Europejski Kod Antyrakowy (wersja grafomańska Jędrzejczaka)”?

Zgadza się! To jest grafomańskie i nie ma związku z poezją.

Ale z poczuciem humoru autora, jak najbardziej. [uśmiech]
Poczucie humoru w życiu lekarza jest ważne?

Poczucie humoru w życiu człowieka w ogóle jest ważne.

Jasne, ale ja z premedytacją zapytałam o istotę humoru w życiu lekarza.

W życiu każdego człowieka ważny jest dystans. A humor jest nim w pewnym sensie. Człowiek tak długo może zachować w sobie integralność psychiczną, jak długo może się śmiać. Profesor Religa powiedział kiedyś do mnie, że nawet w trumnie będę się uśmiechał, i pewnie miał rację. A czemu nie?! Jednak nie do przebicia jest (był) Jarosław Iwaszkiewicz, który kiedyś dostał tytuł honorowego górnika (w związku z tym i mundur). I kazał się pochować po śmierci w mundurze górnika. Dlaczego?

Dlaczego?

Wyjaśnił, że wybiera się pod ziemię, a to jest strój, który właśnie tam się nosi. [śmiech]

[śmiech] Nie znałam tej historii. To cały prof. Jędrzejczak – podczas wywiadów, konferencji, wykładów nieodłączne anegdoty, żarty, dowcipy zawsze w zanadrzu. A jak jest z poczuciem humoru lekarza względem pacjenta?

To bardzo delikatna sprawa. Ja nawet wykładam studentom taki przedmiot, „Jak rozmawiać z pacjentem”. Poczucie humoru jest bardzo ważne, ale w relacji lekarz-pacjent istotą jest, aby pacjent nie odczuł, że lekarz się z niego naśmiewa. Dlatego zagaduję moich chorych, żeby skrócić dystans. ale i wpadki się zdarzają.

Opowie Pan?

Szedłem kiedyś na obchód. Patrzę, pacjentka czyta książkę Kapuścińskiego. I wołam od progu: „O Kapuściński! On też umarł w naszym szpitalu.”

I?

Zdębiałem, jak sam siebie usłyszałem, ale ona spojrzała i ze śmiechem odpowiedziała: „Ale ja się jeszcze nie wybieram”. Też miała poczucie humoru.

Przypadek nie był tragiczny?

„Wesoły” też nie był. Przeżyła,

Może pomogło jej poczucie humoru?

Poczucie humoru, to przywilej ludzi inteligentnych. Ale przecież nie wszyscy emanują inteligencją, a lekarz musi leczyć i jednych, i drugich. Musi dotrzeć do każdego.

Lata doświadczeń?

Oczywiście są też cechy, które człowiek ma, jednak istotne są lata doświadczeń w sytuacjach trudnych, ekstremalnych w pracy w zespole. To mi dał właśnie WAM (Wojskowa Akademia Medyczna), który stwarzał sytuacje… niełatwe.

Czyli?

WAM dawał „możliwość” dowiedzenia się o kolegach niemal wszystkiego, bo stwarzał sytuacje ekstremalne, w których poznawaliśmy się. To były 60.lata. Trudne czasy.

Dotarliśmy do punktu, od którego chciałam zacząć rozmowę, czyli „od początku” – od Gdyni, gdzie ukończył Pan Szkołę Podstawową nr 1 i II L.O. Potem, z Gdyni trafił Pan do Łodzi? Dlaczego właśnie do Łodzi?

Bo tam była Wojskowa Akademia Medyczna.

Zatem dlaczego wojskowa uczelnia?

Mój ociec wówczas był już ciężko chory i chciałem się uniezależnić finansowo (mam jeszcze dwie siostry), a wojsko dawało tzw. wikt i opierunek, a jako student WAM. nie byłem już dla rodziców „kosztem”. Druga sprawa to moja ówczesna fascynacja prof. Georges’em Mathé z Francji, który przeszczepiał szpik ofiarom awarii jądrowej w Jugosławii. To było na czołówkach ówczesnych gazet. Myślałem sobie, że skoro groźba wojny jądrowej jest realna, to wojsko będzie zainteresowane badaniami nad chorobą popromienną, a w związku z tym – przeszczepianiem szpiku. To było moją główną motywacją wyboru medycznej uczelni wojskowej.

Niesamowite! I logiczne. Hematologia w Polsce wówczas chyba raczkowała?

No tak. Instytut Hematologii w Polsce już istniał, zaczynały powstawać pierwsze nieformalne kliniki hematologiczne w uczelniach medycznych, ale hematologii na WAM-ie nie było.

Młody chłopak, maturzysta i taki konkretny cel!

Ja miałem wiele zainteresowań w szkole średniej: chemia, astronomia. Byłem drużynowym w Z.H.P. Pasjonowałem się biologią – robiłem zielnik, kolekcjonowałem chrząszcze…  Lubiłem matematykę, ale i przedmioty humanistyczne, a medycyna daje wiele możliwości i wykorzystuje różne talenty. Wydawało mi się, że medycyna będzie idealnym miejscem dla mnie.

Pojechał Pan do Łodzi, gdzie został studentem, ale i żołnierzem.

No tak…

Łatwo chyba nie było?

To była ciężka szkoła. Na moim roku było pięć prób samobójczych, co potwierdza, że lekko nie było. Ale na szczęście żadna nie powiodła się (na naszym roku).

A inne?

Różne były losy. To była wówczas młoda uczelnia – byłem ósmym rocznikiem w historii tej uczelni. Nie było tam gwiazd polskiej medycyny, to była uczelnia „na dorobku”, ale chciano nas nauczyć medycyny. WAM, to było kształcenie w trzech kierunkach: stricte wojskowe, polityczne (Instytut Nauk Politycznych) i medycyna. Wszyscy mieliśmy bardzo rozbudowane nauczanie w zakresie filozofii, ekonomii. To była jedyna uczelnia, na której obowiązywał egzamin państwowy z psychologii. Charakteryzował nas pęd do wiedzy. Jeśli go ktoś nie miał, to nie miał poważania. A byli różni… Ja wywodziłem się z inteligenckiej rodziny.

Czym zajmowali się Pana rodzice?

Tato był handlowcem – pracował w Centrali Rybnej w Gdyni, a przed wojną był dyrektorem Palarni Kawy „Mocca”. Mama była główną księgową gdyńskiego ZOZ-u.

No proszę… Pęd do wiedzy.

To były czasy, kiedy podróżowało się głównie pociągami i w drodze do domów, albo do Łodzi (kilka razy rocznie) lubiliśmy dyskutować w podróży – udawaliśmy studentów filozofii, albo psychologii ku naszej wielkiej uciesze. [uśmiech]

Jak Pan wspomina to „wojskowe nauczanie”?

Różnie, ale to była porządnie poukładana uczelnia. Od samego początku było wiadomo, co z człowiekiem się stanie po skończeniu. Za każdy egzamin obowiązywała określona ilość punktów, z tego robiła się lokata i trzech pierwszych szło do klinik, a reszta do jednostek wojskowych. Ja miałem trzecią lokatę na moim roku.

Ale z tą lokatą nie został Pan na WAM-ie w Łodzi, jako asystent, a trafił do Centralnego Szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów w Warszawie, decyzją płk. Kormana za… Pana działalność dramatyczną w Studenckim Teatrze „Verbum”. O czym przeczytałam z wypiekami na twarzy w niedawno wydanej książce o Panu pt. Wiesław Jędrzejczak Pozytywista do szpiku kości. Świetny tytuł! 

Tytuł to pomysł autorki – Justyny Wojteczek, która przeprowadziła ze mną wywiad.

Ale całej historii nie opowiemy, a odeślemy do przeczytania książki Justyny Wojteczek, której bohaterem jest właśnie Pan. Z publikacji można dowiedzieć się, m.in., że dzięki teatrowi przestał Pan seplenić, że ma Pan przeszłość „marcową” [red. 1968 r.]. Opowiada Pan, jak w latach 60 i 70 uczył się języka angielskiego – na pamięć z samouczka; ale i wspomina o swojej pracy w czasach „Za żelazną kurtyną”. Sama jestem w trakcie lektury i nie lubię, jak zdradza się szczegóły, dlatego zapytam o inne wątki z Pana życia.

Proszę bardzo.

Jest Pan ikoną polskiej, światowej hematologii i młode pokolenie lekarzy, studenci medycyny zechcą coś więcej wiedzieć o Panu, dlatego wspominam książkę, dlatego zadam Panu pytanie – czy leczenie dla Pana jest pasją?

To wyzwanie intelektualne. Leczenie w sensie napędu, to emocja, a w sensie egzekutywy – to doświadczenie. Medycyna jest dziedziną racjonalną. Im więcej jest racjonalności, tym bardziej jest skutecznie, a im więcej jest emocji tym jest gorzej.

Kim dla Pana jest PACJENT?

Człowiekiem, bliźnim. To z pozoru banalne pytanie wcale nie jest łatwe. Sam nad tym nie raz się zastanawiam. Przecież ja niejednokrotnie muszę powiedzieć różne straszne, tragiczne rzeczy tym po tamtej stronie lustra. To, że jestem lekarzem nie jest przypadkiem, ale to, że jest się pacjentem, często jest przypadkowym zdarzeniem. Ja przecież też mogę być po tej drugiej stronie…

Jak i ja. Niedawno rozmawiałam z lekarką–stażystką (Natalią Jakacką), która w grudniu planuje rozpocząć specjalizację z hematologii i wciąż spotyka się ze zdziwieniem w środowisku medycznym, że lepiej wybrać np.: okulistykę, dermatologię, ginekologię czy radiologię, bo i „można się dorobić” i „nie trzeba stale uczyć się”. Co Pan o tym myśli? I dlaczego jest tak niewielu chętnych na specjalizację z hematologii?

[uśmiech] Po pierwsze – hematolodzy nie są pariasami finansowymi. Po drugie – hematologia jest niezwykle trudnym kierunkiem, a i trzeba mieć pewne cechy osobowości, żeby zostać hematologiem. Po trzecie – te specjalności, które zostały wymienione mogą być interesujące dla kobiet głównie z punktu widzenia pogodzenia zawodu i roli matki. Chociaż, jak wiadomo Maria Skłodowska-Curie pogodziła te role wyjątkowo dobrze.

Bo i 2 Noble i 2 córki!

Właśnie i jakie córki! Choć oczywiście Skłodowska była osobą wybitną. Jednak hematologia jest specjalnością ciężką, mając na uwadze stronę psychiczną. Bo to, że hematologia potwornie wciąga, czyli, że „trzeba się stale uczyć” jest tylko jej zaletą. Dzisiejsze czasy, to złote czasy dla hematologii. Inaczej to było 50 lat temu, gdy hematolodzy byli obserwatorami umierania. Dziś hematolog urasta do rangi boga – ma tyle możliwości! Przeszczepienie szpiku powoduje całkowite wyleczenie 50 procent ostrych białaczek szpikowych. To daje olbrzymią satysfakcję lekarską, choć wciąż daje i trudne przeżycia związane z tragediami ludzkimi, ze śmiercią… Ale i dzięki tak wielkiemu postępowi hematolog czuje się potrzebny, zmotywowany, bo wie, że to dzięki mnie żyje ta, ten i tamten. Żyją, bo trafili na mnie – na moją wiedzę, doświadczenie, zaangażowanie. I to wszystko sprawiło, że wyrok losu został diametralnie odwrócony. To ponadwymiarowa satysfakcja! Nie powiedziałbym, że jest mało chętnych, ale raczej, że potrzeby nie dorównują możliwościom.

Co to znaczy?

Dynamicznie zwiększa się liczba chorych z dwóch powodów. Jeden, to starzenie się społeczeństwa, bo te choroby są właśnie najczęściej przypadłością starszych osób.

A drugi?

Postęp medycyny. Dawniejsza ostra choroba śmiertelna staje się dziś chorobą przewlekłą. W ciągu ostatnich dziesięciu lat średnie przeżycie na szpiczaka w Polsce z trzech lat zwiększyło się do sześciu, siedmiu lat. I tu jest wielkie pole do działania, bo to oznacza, że ta sama liczba chorych generuje dwa razy tyle (albo nawet więcej) pracy! Bo to są wciąż chorzy – a nie wyleczeni!

Ci ludzie potrzebują personelu?

Właśnie! A nie każdy lekarz może być hematologiem.

A kto może być hematologiem?

Człowiek z dużą wytrzymałością psychiczną, chęcią otwartości do nauki. Osoba pracowita i ze specjalnymi uzdolnieniami.

Jakimi?

Czym różni się onkolog od hematologa?

Nie wiem, co odpowiedzieć.

Tym, że onkolog nie diagnozuje nowotworu, a go leczy. Nowotwór inny niż krwi rozpoznaje patomorfolog, który patrzy w mikroskop. Natomiast białaczkę rozpoznaje hematolog. Zatem musi to być lekarz o kompetencjach laboratoryjnych, czego nie ma w innych dziedzinach klinicznych. Powiem wprost, ponieważ fama niesie, że hematologia jest niezwykle trudna, to nie zauważamy na szczęście osób przypadkowych. Zdawalność egzaminów z hematologii jest niezwykle wysoka. Tu nikt przez przypadek się nie prześliźnie, a jeśli ktoś wybiera kierunek z pobudek finansowych, to niech wybiera inną specjalizację.

W jednym z wywiadów wyznał Pan: „Moje plany i zajęcia to wyzwanie rozwijania metod dedykowanych chorym, którzy obecnie nie mogą znaleźć dawcy. Będziemy też rozwijać metodę przeszczepienia haploidentycznego, metody immunoterapii i nowe zastosowania/wskazania. Zajmiemy się też piętą achillesową polskiej transplantologii szpiku, czyli opieką długoterminową po przeszczepieniu.” – co Pan w tym zakresie planuje?

Są jeszcze białe plamy na przeszczepowej mapie Polski, jak np. Białystok. Marzy mi się, aby koledzy z Białegostoku pokonali tę barierę. Niedawno otwarto ośrodek w Toruniu, lada moment będzie otwarcie ośrodków w Szczecinie i Brzozowie. Nie jest źle, ale…

Mogłoby być lepiej?

Właśnie! W międzyczasie muszę zastanowić się nad tym, co i gdzie będę robił, jako emeryt. Już nawet sobie wykombinowałem zadanie.

Jakie?!

Chcę otworzyć nowy ośrodek hematologiczny w Warszawie, bo ich jest wciąż za mało. Przeżywamy dramaty na co dzień z tego powodu. Na przykład w naszej klinice, która jest dużym ośrodkiem (przyjmujemy kilka tysięcy chorych rocznie) często brakuje miejsc dla ostrej białaczki. Ostatnio dzwoniłem do Łodzi, aby upchnęli tam pacjenta. Dlatego taki ośrodek chcę uruchomić. Ja w ogóle lubię uruchamiać.

No tak, słynie Pan z tego, choćby Kraków. Ale na emeryturze? Myślałam, że spocznie Pan na laurach.

A skąd! To nie w moim stylu. Nie mogę myśleć o takiej normalnej emeryturze, bo mam 10.letniego syna, którego mam plan wychować, więc muszę odgrywać rolę względnie młodego rodzica. Ewa, moja żona nie wybaczyłaby mi, gdybym ją z tym zostawił samą. Muszę grać w piłkę, biegać z Wiktorem, bo jeśli się porwałem na ojcostwo w tym wieku, to muszę aspirować pod wieloma względami [uśmiech].

Co najistotniejsze w życiu jest na tą chwilę dla Profesora Jędrzejczaka?

Wiktorek. Niebawem zostanę dziadkiem (starszy syn spodziewa się syna). Dzieci są najważniejsze. Są produktem życia.

Trzymam mocno kciuki za realizację Pana planów, bo, jak już ustaliliśmy – po drugiej stronie lustra może znaleźć się każdy z nas, a skorzystać wtedy będzie mógł KAŻDY.


 

Pacjent to człowiek, bliźni
kodowanie: projekt: