3.11.2018 / Edyta Kolasińska-Bazan / Aktualności

Jestem za ewolucją, a nie rewolucją - rozmowa z dr hab. n. med. Grzegorzem W. Basakiem

O wizji i planach, o trudnych chwilach odchodzenia bliskich osób, o tym kim jest pacjent, a czym sukces opowiada Edycie Kolasińskiej-Bazan dr hab. n. med. Grzegorz Władysław Basak – kierownik (od 1 października 2018 roku) Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.


Pozwoli Pan, że zacznę rozmowę cytatem?

Proszę…

„W życiu każdego człowieka ważny jest dystans. A humor jest nim w pewnym sensie. Człowiek tak długo może zachować w sobie integralność psychiczną, jak długo może się śmiać." Nieprzypadkowo nawiązałam do słów prof. Wiesława W. Jędrzejczaka z wywiadu, którego udzielił mi w 2017 r. Pragnę sprowokować Pana do refleksji na temat byłego szefa i wodza – bo od 1 października 2018 r. jest Pan następcą Napoleona…

Fakt. [uśmiech] Podczas pożegnalnego spotkania prof. Jędrzejczaka w Klinice Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wręczyłem panu profesorowi obraz, przedstawiający jego portret, jako Napoleona – wodza, patrzącego przenikliwie z myślą, pomysłem, refleksją.

Jak zareagował adresat?

Było to dość ryzykowne, biorąc pod uwagę, że wśród przedstawicieli medycznego świata naukowego jest sporo ludzi śmiertelnie poważnych, jednak znając znakomite poczucie humoru i wielki dystans oraz cechy osobowe prof. Jędrzejczaka, odważyliśmy się. Adresatowi nie zabrakło poczucia humoru i tym razem także.

Spodziewałam się tego, dlatego ów cytat. [uśmiech]. Napoleon był Pana pomysłem?

Pomysłów było szereg, a Napoleon wygrał ostatecznie. Moją myślą był niekonwencjonalny portret alegoryczny, uwidaczniający cechy osobowości adresata – braliśmy pod uwagę fakt, że profesor jest wojskowym, świetnym strategiem i przez 20 lat sprawował funkcję kierownika Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że odejście na emeryturę tak aktywnego człowieka, to dość trudny moment, więc element żartu miał rozładować atmosferę. Dodam, że poza portretem pana profesora w bikornie Napoleona otrzymał  on jeszcze plakat.

Co przedstawia plakat?

Profesora, jako Wiedźmina. Postać alegoryczna – wojownik walczący ze złem, z potworami – nowotwory są potworami.

Świetne skojarzenie!

Na plakacie jest prof. Jędrzejczak, jako Wiedźmin z hasłem: „Wiesmin” (jak na okładkach książek Sapkowskiego) i tytułem: „Pierwszy szpik, 1984.”, z podpisem: „Prof. Wiesław W. Jędrzejczak.”

Reakcja prof. Jędrzejczaka – bezcenna?

Zgadza się. Oczywiście na plakacie złożyli podpisy wszyscy pracownicy kliniki.

Proszę powiedzieć, dlaczego wybrał Pan hematologię?

Od wczesnych lat studenckich bardzo interesowała mnie onkologia ale i immunologia. Miałem szczęście należeć do elitarnego koła naukowego przy Zakładzie Immunologii WUM, gdzie studenci już od trzeciego roku byli dopuszczani do ambitnych projektów badawczych, dających duże możliwości rozwoju. Głównie zajmowaliśmy się tam immunoterapią nowotworów. Z tego powodu doktorat poświęciłem temu tematowi i obroniłem zaraz po studiach medycznych. Zatem kończąc studia już głęboko funkcjonowałem w świecie eksperymentalnej onkologii, hematologii i immunologii; ale hematologia nie była moim pierwszym wyborem.

Miał Pan inne pomysły?

Na początku chciałem zostać pediatrą.

Pediatrą?!

Pediatrą-alergologiem, zajmującym się układem odpornościowym.

Zaniemówiłam przez moment…

Plan poddany został weryfikacji.

Z jakiego powodu?

Byłem na stażu podyplomowym w Klinice Alergologii Dziecięcej. [ciężkie westchnienie]

I co takiego się tam wówczas wydarzyło?

Okazało się, że nie jest to tak interesujące, jak początkowo wydawało się.

Zastosował Pan właśnie dyplomatyczny unik od odpowiedzi?

W pewnym sensie. [uśmiech]

Myślę, że to odpowiedni moment, aby zapytać o wizję – nowo powołanego kierownika Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, którym Pan został 1 października 2018 r.

Zamierzam budować na ramionach gigantów, zatem chcę kontynuować to, co zapoczątkowali moi poprzednicy: prof. Jędrzejczak, prof. Jadwiga Dwilewicz-Trojaczek i inni pracownicy tej kliniki. W pełni doceniam co dotąd tu wypracowano i zdaję sobie sprawę, jak wielkie wyzwanie stoi przede mną.

Czy różnica pokoleń wpływa na wizję? 

Różnica pokoleniowa jest choćby w spojrzeniu na pewne sprawy, dlatego właśnie następują zmiany. Jednak nie zamierzam burzyć, co zostało wypracowane, a optymalnie wykorzystać potencjał i dodać pewne elementy od siebie. Jestem za ewolucją, a nie rewolucją. Są różne style zarządzania – dla mnie bliskie jest osiąganie celów poprzez inwestowanie w ludzi. Stąd moja wizja związana jest z postawieniem mocnego akcentu na zespół. To silna jednostka, o olbrzymim potencjale i wielkich możliwościach, borykająca się z dużymi problemami, którym trzeba stawić czoła. To czas wielkich zmian w: medycynie, naszym szpitalu, jak i systemie szkolnictwa wyższego.

Niełatwe zadanie przed Panem…

Dokładnie! W tym roku kończę 40.lat, a to moment w życiu mężczyzny, w którym dojrzewa się, jeśli nie nastąpiło to wcześniej… [śmiech]

W życiu kobiety bywa podobnie, więc mówmy o dojrzewaniu człowieka. Bardzo refleksyjnie zrobiło się… [śmiech]

Pracuję w klinice kilkanaście lat, więc mam już wyrobione spojrzenie na życie, na świat, także na tą klinikę. Z tego powodu miałem możliwość docenić wiele rzeczy, wnikliwie przyjrzeć się wielu elementom, które chciałbym ulepszyć, poprawić albo zmienić w oparciu o doświadczenia (także z innych ośrodków), ale i o wiedzę pozamedyczną, dotycząca zarządzania ludźmi, jako zespołem czy jednostką. Pragnę wykorzystać potencjał intelektualny ludzi, stwarzając odpowiednie warunki. Jeśli potencjał ludzki zostanie maksymalnie wykorzystany, ludzie będą rozwijać się, osiągając swoje wyżyny, wówczas będzie możliwe wykształcenie pokolenia absolutnych liderów w swoich obszarach hematologicznych – tu na miejscu, w kraju i na świecie.

Słucham Pana zarówno z zaciekawieniem, jak i ekscytacją. Wysoko Pan mierzy.

Udało mi się dość wcześnie osiągnąć wiele etapów kariery zawodowej. Nie są mi obce: poczucie uznania, rozpoznawalności, sukcesu, tytułów, honorów, wystąpień publicznych. W dużej mierze jestem pod tym względem „zaspokojony”, dlatego mogę sobie pozwolić na to, aby móc wspierać otaczających mnie ludzi.

Czy to nie jest niebezpieczne?

Czuję się na tyle silny, że chcę, aby mój zespół zaszedł daleko, a najlepiej, aby mnie przerósł, a to można osiągnąć, tworząc dobry klimat współpracy.

Klimat dobrej rywalizacji?

Dokładnie tak. Przez szereg lat panowała w medycynie atmosfera cierpiętnictwa, poświęcania się…

Sądzę, że nadal panuje.

W zasadzie tak. Toczymy codzienną walkę – wtaczamy, jak Syzyf swój wielki, ciężki głaz, który wciąż nas przytłacza.

Bezsensownością procedur?

Między innymi! Dla wielu stało się to nawet „receptą na życie”, a ja chciałbym, aby pracowało się nam dobrze, w komforcie psychicznym i fizycznym, mając zaspokojone podstawowe potrzeby: poczucie bezpieczeństwa w pracy, poczucie wspólnoty, wzajemne wsparcie.

I zaufanie?

 O tak! Aby ludzie mieli twardą podstawę, od której będą mogli się odbić i dokonywać wielkich, ambitnych rzeczy; aby mogli czerpać energię, a nie tracić! W czerpaniu dobrej energii pomogą jasno określone reguły.

Co ma Pan na myśli, mówiąc „jasno określone reguły”?

Tworzę dokument – coś w rodzaju konstytucji kliniki. Będą tam jasno sprecyzowane zasady, np. współautorstwa publikacji naukowych w klinice, aby wyeliminować wszelkie spory, kłótnie, ewentualne nieporozumienia.

I ewentualną niezdrową rywalizację?

Ważne jest, aby umieć się dzielić, wspierać – to przekłada się na siłę zespołu. Robimy tzw. agendę kliniki, czyli w jednym miejscu wszystkie projekty naukowe prowadzone w klinice są przeglądane systematycznie (co miesiąc, czy co dwa); aktualizując postęp można wprowadzić elementy zarządzania projektowego do prac naukowych. Niby prosta innowacja, a jednak nie dla wszystkich – w większości jednostek rzeczy „toczą się” – wolniej lub szybciej (na zasadzie indywidualnego zaangażowania w nie osób, ich indywidualnych ambicji i planów), ale jeśli precyzyjnie określi się cele i ramy czasu, to można osiągnąć znacznie większą skuteczność.

To daje możliwość podnoszenia poprzeczki?

Zdecydowanie! A jasno sformułowane reguły oddalają wszelkie nieporozumienia, niedomówienia, które często konfliktują ludzi. Chcę stworzyć otwarte forum dyskusji na wszelkie tematy. Stawiam też na zwiększenie ergonomii pracy. Zaczynamy serię remontów – budynek, w którym znajdujemy się powstał w 70.latach i nijak przystaje do obecnych standardów zarówno, jako szpital, jak też zakład pracy. Chcemy leczyć w cywilizowanych warunkach, ale i w takich chcemy pracować. Podam przykład najbardziej banalny z banalnych – dostępność wody do picia, która w małych firmach jest już standardem, a u nas wciąż wydaje się wielkim przełomem organizacyjnym. [uśmiech]

Zmiany czasem bolą?

[uśmiech]

A zmiany w kontekście pacjentów?

Ważna jest jakość funkcjonowania chorych, np. ścisła współpraca na polu rehabilitacji.

Pacjent ma nie tylko przeżyć, ale czerpać radość z życia?

Ma mieć motywację do życia, a to także usprawnianie chorych, więc i niedopuszczanie do pogorszenia stanu, który uniemożliwia wyjście ze szpitala przez długie tygodnie. Z inicjatywy naszego rehabilitanta (z naszym poparciem) otrzymaliśmy profesjonalną bieżnię w ramach donacji od Fundacji DKMS Polska, na której pacjenci są usprawniani.

Oooo!

Chcę wprowadzać rzeczy, którymi sam jestem bardzo zainteresowany, a które będą sprawiały frajdę innym.

Co ma Pan na myśli?

Np. zastosowanie wirtualnej rzeczywistości u pacjentów długo przebywających w klinice bez kontaktu z rodziną, u których dochodzi do deprywacji sensorycznej. Te osoby narażone są na ciągły widok szpitalnej sali: ściany, łóżko, te same twarze lekarzy i pielęgniarek; czasem własny telefon, czy laptop.

Monotonia prowadzi do frustracji?

Właśnie! Wirtualna rzeczywistość daje możliwości „przenoszenia się”. To filmy nagrywane w wielu wymiarach i dostosowane do potrzeb wielu – jeśli ktoś chce spacerować po lesie, to wirtualna rzeczywistość pomaga mu w tym; jeśli ktoś chce zwiedzać zamki czy przemykać uliczkami Rzymu, to ma taką możliwość.

Choć fizycznie tkwi w klinice. To zdecydowanie lepsze od telewizji. Kiedy pacjenci będą mogli z tego programu korzystać?

Na razie projekt jest w fazie wstępnych badań.

Co jeszcze Pan szykuje?

Kocham zwierzęta i moim marzeniem jest wprowadzenie dogoterapii dla pacjentów.

W Klinice Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego?

Właśnie tak! Na oddziale, na którym przebywają osoby przygnębione, pod wpływem silnego stresu psy niewątpliwie rozładowywały by to napięcie.

Chylę czoła! Już sam dotyk psiej sierści, możliwość przytulenia się…

Polizanie przez psa, że o merdaniu ogonem nie wspomnę [uśmiech]. To są tak uniwersalne odczucia, że chyba mało kto mógłby się im oprzeć? Chyba, że nie lubi psów, a woli koty, ale wyznam, że o kototerapii nie słyszałem.

Ja też nie słyszałam, ale jeśli uda się Panu przeforsować SANEPID i otrzymać niezbędne zezwolenia, to zarówno pies, jak i kot na oddziale Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego staną się codziennością. Potrzebne będzie zgodne współżycie pomiędzy oddziałowymi pupilami, ale to będą przecież wyselekcjonowane zwierzęta… [śmiech]

O tak, one będą genetycznie modyfikowane pod kątem braterstwa dusz… [śmiech]

Żarty na bok, bo pomysł jest naprawdę genialny. Jak Pan myśli, za jaki czas (realnie) dogoterpia mogłaby tu ruszyć, zakładając wersję optymistyczną?

Optymistycznie? Myślę, że rok, może półtora roku… Przed nami długi proces przygotowawczy m.in. wyeliminowanie ryzyka infekcji przenoszonych przez zwierzęta.

Czyli jesteśmy umówieni na kolejną rozmowę, której temat przewodni już jest Panu znany?

Jasne! [uśmiech] Już na poważnie dodam, że psy są w stanie wyczuć niektóre stany chorobowe z czułością analizatora medycznego, np. hipoglikemię u pacjentów z cukrzycą i zaalarmować w odpowiedni sposób, ratując życie człowieka. Można wyszkolić psa do szybkiego wyczuwania infekcji Clostridium difficile, czyli bakterii powodującej groźne (wyniszczające organizm) biegunki poantybiotykowe.

Jest Pan doskonale przygotowany do tego etapu zmian. Ma Pan psa?

Niestety moje liczne obowiązki, częste podróże, długie godziny nieobecności w domu pozwalają na posiadanie (na razie) rybek w pełni zautomatyzowanym akwarium.

Rozsądnie. Zwierzę to nie tylko przyjemność, a obowiązek. Jakie jeszcze planuje Pan rewolucje dla pacjentów?

Pomysłów jest wiele, to temat na długie rozmowy.

Może teraz krótko zarysuje Pan te najważniejsze, które spędzają Panu sen z powiek?

Zależy mi na optymalizacji funkcjonowania różnych części kliniki – nieakceptowalnym jest fakt, że chorzy leczeni trybem ambulatoryjnym (przychodzący z domu) spędzają wiele godzin (często codziennie), czekając na wizytę bez wyznaczonej godziny. Nie wierzę, aby nie dało się tego dobrze zorganizować. Ileż mówi się o jakości życia chorego, a przecież niekomfortowe wysiadywanie wiele godzin, w stresie, wśród tłumu innych chorych (często zainfekowanych), nie prowadzi do niczego dobrego! To jest najpilniejsze zadanie.

Które to przekłada się na tzw. dobrostan chorego?

Jak i ściśle przekłada się efekty terapii. Chciałbym, aby kierowany do nas pacjent na hospitalizację miał przybliżoną datę przyjęcia na oddział oraz sprawny system zarządzania ruchem tego pacjenta. To pozwoli zmniejszyć element przypadkowości a zwiększy możliwość planowania. Zależy mi, aby wdrożyć innowacyjne terapie chorób – zwłaszcza chorób nowotworowych krwi. Żyjemy w tzw. wieku immunoterapii – wykorzystania naszego własnego układu odpornościowego przeciwko nowotworom. To temat nie nowy, bo podnoszony od 20 lat, ale wydawać się może, że teraz jesteśmy już na prostej ścieżce, aby faktycznie wiedzieć, jak to wprowadzić do praktyki klinicznej. Jednym z takich wynalazków są limfocyty CAR T – od chorych z chorobą nowotworową, która nie odpowiada na dotychczasową terapię pobiera się z krwi komórki układu odpornościowego (tzw. komórki T) i modyfikuje się je genetycznie, wprowadzając im specjalny receptor – cząsteczki służące rozpoznaniu komórek nowotworowych; ów receptor wyposażony jest w specjalne mechanizmy, które mają aktywować limfocyty, tj. sprawić, aby ten limfocyt nie dość, żeby związał się z komórką nowotworową w organizmie, to silnie zaczął działać przeciwnowotworowo i intensywnie się przy tym dzielił. Następnie zwraca się pacjentowi komórki genetycznie modyfikowane, a one w jego organizmie mnożą się wielokrotnie i atakują pozostałe komórki nowotworowe z niebywałą skutecznością. To nowa terapia, prawdopodobnie będąca następcą przeszczepiania szpiku, która jeszcze 30 lat temu była olbrzymim przełomem.

Medycyna w tym zakresie poczyniła niewiarygodny postęp?

Czas przynosi przełomy. To właśnie jest rozwój. Przez lata swojej pracy prof. Jędrzejczak wprowadzał do naszej kliniki nowe strategie terapeutyczne, dzięki czemu dysponujemy wszystkimi osiągalnymi w Polsce metodami. Moim zadaniem jest kontynuować zaczęte dzieło i dokładać na bieżąco kolejne elementy najbardziej innowacyjne do tej układanki. Trudno nie wspomnieć przy okazji o nurcie szczepionek przeciwnowotworowych – sam robiłem z tego doktorat w 2005 roku. Na pewno chcę kontynuować nasz pionierski wątek związany z przeszczepianiem flory jelitowej (przeszczepianiem kału), to niby nie hematologia, ale jakże bliski jej temat. Kolejnym zadaniem jest zainwestowanie w procedury przeszczepiania szpiku (kontynuacja dzieła mojego poprzednika), w związku z czym remontujemy i tworzymy nowy oddział transplantacji szpiku, który będzie miał 26 miejsc (do tej pory pracowaliśmy na ośmiu). Chciałbym też wykorzystać optymalnie potencjał prób klinicznych w leczeniu pacjentów. Dawać to będzie nadzieję choremu i angażować zespół, ucząc pewnej organizacji, systematyki działania i pełnoprofilowego  podejścia do problemu. Będzie też wsparciem finansowym dla zespołu, o czym należy otwarcie mówić. Motywacja finansowa jest elementem dbałości o zespół, za który odpowiada się.

Kim jest dla Pana pacjent?

Na to pytanie nie mam jednej odpowiedzi. Dla hematologa to ciężko chora osoba, która oczekuje ratunku. To często chorzy, oczekujący nowoczesnych terapii (odmiennych od dotychczasowo serwowanych w innych miejscach w Polsce). Nasz klinika to szpital referencyjny, więc oczekiwania są duże. Na zadane przez panią pytanie jest też odpowiedź „systemowa”.

„Systemowa”?

W terminologii finansowania medycyny dominuje określenie „sprzedaż usług”, a więc myśląc tymi kategoriami „pacjent” jest (niezależnie od wagi, ciężaru i ładunku emocjonalnego) „klientem” systemu, który za usługę płaci z ubezpieczenia zdrowotnego, aby uzyskać wszelkie możliwe działania terapeutyczne. I warto w tym momencie podkreślić, że o satysfakcje klienta i realizacje w/w celów powinno się zabiegać

Kim dla Pana jest pacjent (poza systemową odpowiedzią)?

To bliźni, człowiek taki sam, jak ja…To znajomy, a nawet przyjaciel…

Przyjaciel?

Z naszymi pacjentami niejednokrotnie wiążemy się emocjonalnie. To są często długie, trudne pobyty, a więc długie i trudne rozmowy. To także długotrwałe i trudne rozmowy z członkami rodzin tego pacjenta. W ten sposób pacjenci stają się osobami bliskimi. I jakże bolesne jest, gdy nagle odchodzą.

Gdy umierają?

Gdy umierają. W normalnym życiu śmierć zdarza się nie tak często, jak w codzienności hematologa, onkologa. W sytuacji, gdy przyzwyczajamy się do ludzi, wręcz zżywamy się z nimi, a oni od nas odchodzą… Wyznam, że powstaje coś, co trudno nazwać… My nie jesteśmy do tego przygotowani emocjonalnie. Większości lekarzy wydaje się, że jakoś sobie z tym radzi, ale…

Ale?

Uważam, że stajemy się emocjonalnie poranieni.

Dlaczego?

Bo głównie pamiętamy te sytuacje, w których nie udało się pomóc.  

A te, kiedy pomogliście?

Wówczas osoby wychodzą stąd i oby nigdy nie wracali.

No tak, powrót oznacza pogorszenie stanu zdrowia?

Właśnie…

To smutne…

Przerażający jest fakt, że my (lekarze, personel medyczny), mający na co dzień do czynienia ze śmiercią nie jesteśmy poddani opiece psychologa, psychoterapeuty. Mamy to brać na swoje barki, nie mając podanych mechanizmów obronnych przed tak olbrzymim ładunkiem emocjonalnym.

Dziękuję, że podjął Pan tak istotny temat.

Sam przeżyłem szereg takich historii, pamiętam towarzyszące emocje.

Chciałoby się zapomnieć, wyprzeć je z pamięci?

Ale to trudne, jak trudna była każda z tych sytuacji, każda z przebytych rozmów. A przecież te emocje wpływają na nasze życie osobiste, na naszych najbliższych. Niektórym wydaje się, że radzą sobie nieźle, co przekłada się na wzajemne relacje w rodzinie, między lekarzami, personelem… Wie Pani, co mnie przyciągnęło do pracy w tej właśnie klinice?

Pewnie wiele powodów… Proszę wyjawić.

Poza autorytetem prof. Jędrzejczaka i tematyką przyciągnęła mnie rodzinna atmosfera.

Czyli ludzie?

Ludzie. Przyjacielscy, ciepli, pełni poczucia humoru i sporym dystansie do siebie i wielu rzeczy. Po latach zrozumiałem, że są to mechanizmy obronne.

Naturalnie wypracowane odruchy, stały się mechanizmami obronnymi?

Dlatego myślę o wsparciu personelu medycznego przez specjalistów. Mam na myśli profilaktykę dotyczącą zdrowia emocjonalnego w związku z wykonywanym zawodem.

To ciężkie obciążenia emocjonalne, stale obecne w Państwa pracy.

Niestety tak, dlatego wspomniana profilaktyka jest istotna. Dostrzegam także potrzebę edukacji zespołu pod kątem tzw. umiejętności miękkich, które służą poprawie jakości pracy i wzajemnych relacji.

Chociażby komunikacja?

O tak! Zasady przekazywania sobie jasnych komunikatów, wysłuchiwania komunikatów, bycie wysłuchanym – to wszystko dramatycznie wpływa na jakość, więc i skuteczność pracy.

Czym jest dla Pana sukces?

Sukces jest rzeczywistością. Sukces sam w sobie nie jest już dla mnie celem życia. Podchodzę do życia coraz bardziej pragmatycznie, stawiając sobie określone zadania i cele, które chcę przekuwać w sukcesy.

Wyjawi Pan je?

Podstawowymi sukcesami, do których dążę będą sukcesy moich współpracowników, jak również każdy chory, którego uda się uratować.

Życzę zatem wielu sukcesów, dziękując za rozmowę.

 

 

Grzegorz Władysław Basak kierownik (od 1 października 2018 roku) Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Ukończył w 2003r. z wyróżnieniem Warszawski Uniwersytet Medyczny. Początkowo związany z Zakładem Immunologii, Centrum Biostruktury, w 2005 r. obronił tezę doktorską dotyczącą immunoterapii czerniaka za pomocą interleukiny 15 i szczepionek z modyfikowanych genetycznie komórek nowotworowych (z wyróżnieniem).  Od 2005r. zatrudniony w Katedrze i Klinice Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.  Odbył dwa staże podoktorskie w Temple University w Filadelfii (USA, 2003r.) oraz w University of California, San Diego (w latach: 2007-2008). Specjalista chorób wewnętrznych (od 2011r.), hematologii (od 2014r.) oraz transplantologii klinicznej (od 2017r.). Stypendysta Fundacji na rzecz Nauki Polskiej (Start) oraz stypendium MNiSW dla wybitnych młodych naukowców. Członek Rady Młodych Naukowców przy MNiSW (w latach: 2012-2013). Członek Europejskiego Towarzystwa ds. Przeszczepiania Krwi i Szpiku (EBMT, od 2008r.), od 2012r. sekretarz a od 2017r. przewodniczący Grupy Roboczej ds. Powikłań po Transplantacji tego towarzystwa. W 2012r uzyskał stopień doktora habilitowanego na podstawie badań dotyczących mobilizacji macierzystych komórek krwiotwórczych. Stypendysta programu MNiSW pt. “Top 500 Innovators” w Cambridge i Oksfordzie (UK, 07-09.2015r.) oraz szkoleń SIMS (NCBiR) w zakresie komercjalizacji oraz zarządzania badaniami naukowymi. Obecnie klinicznie i naukowo związany z zagadnieniami transplantacji komórek krwiotwórczych, zwłaszcza powikłaniami tego zabiegu. Autor kilkudziesięciu publikacji oryginalnych oraz rozdziałów książek.

Jestem za ewolucją, a nie rewolucją - rozmowa z dr hab. n. med. Grzegorzem W. Basakiem
kodowanie: projekt: