16.03.2019 / Bernadetta Pieczyńska / Aktualności

Choroba jako retusz rzeczywistości. Uwagi o (nie)życiu w twórczości Thomasa Bernharda

Z perspektywy człowieka chorego rzeczywistość nabiera ostrości, jeśli chodzi o rzeczy prawdziwie istotne czy ostateczne. Choroba staje się filtrem, który oddziela rzeczy ważne od nieistotnych. Być może to ona właśnie sprawia, że w pewnym momencie idziemy, jak uporczywie w „Autobiografiach” powtarzał Bernhard „w przeciwnym kierunku”, wbrew społecznym oczekiwaniom, niekiedy w poprzek naszej dotychczasowej drogi.

Wszystko jest śmiechu warte, gdy się pomyśli o śmierci

Thomas Bernhard

 

Słowo „choroba” przywołuje zazwyczaj negatywne konotacje. Jeśli myślimy o percepcji rzeczywistości z perspektywy człowieka chorego, przewlekle lub nieuleczalnie, to w myślach pojawiają się raczej pejoratywne kategorie odnoszące się do deformacji czy destrukcji. Tak jak to dzieje się w obrazie Muncha „Krzyk”, w którym materia „krzyczy” wraz z człowiekiem.  

Thomas Bernhard, szpitalnie i sanatoryjnie głęboko doświadczony, pokazuje jeszcze inne oblicze choroby. Chorobowy świat w oglądzie Bernharda nabiera szczególnej, pozamedycznej wagi. Dotknięty pogruźliczą sarkoidozą ma niezwykłą świadomość wyjątkowości chorowania jako specyficznego stanu odbioru rzeczywistości. Już sam fakt noszenia w sobie schorzenia autoimmunologicznego nacechowany jest pewną autodestrukcyjną nośnością. Refleksje o życiu i śmierci nasuwają się same. W prozie Bernharda aż zbyt wyraźnie widać oczywistość, że od tej ostatniej dzieli nas tylko oddech. Ta szczególna forma samoświadomości egzystencjalnej dostępna jest zwłaszcza tym, którzy sami doświadczyli kruchości zdrowia i życia.

Funkcjonowanie ze śmiertelną chorobą to nieustanne trwanie na pograniczu światów, uwięzienie w sferze (nie)życia. Międzytrwanie już nie „tu”, ale jeszcze nie „tam”. Jak pisze w „Autobiografiach” Bernhard „Chociaż matka jeszcze żyła, jeszcze była na świecie, w mieszkaniu panowała już pustka po niej, czuliśmy ją wszyscy”.   

Wedle Bernharda choroba i kalectwo mogą jednakże być szansą na „duchowy zwrot”, choć często pociągają za sobą rozmaite dysfunkcje, to ostatecznie uwrażliwiają na otaczający świat. Tym samym choroba staje się etapem przejścia ku duchowości, ze szczególną mobilizacją organizmu w walce o jasność i przydatność umysłu, jak w przypadku Kollera z powieści „Wyjadacze” :

„Fakt, że ugryzienie spowodowane przez Wellerowego psa przerwało jego, narzuconą mu prawdopodobnie do tej pory, życiową karierę, i skazało go na fizyczną bezczynność przez stosunkowo długi czas, wprowadził go samoistnie i naprawdę konsekwentnie w coraz bardziej filozoficzne rozważania, naturalnie początkowo okrężną drogą przez fazę spekulacji, która w momencie, gdy musiał uznać swoje kalectwo za ostateczne, przeszła siłą rzeczy w filozofię, a potem konsekwentnie w matematyczną systematyzację tej jego filozofii, nawet jeśli on sam nie uświadamiał sobie we wszystkich kontekstach tego procesu, zachodzącego w jego głowie.”  

Można by rzec, że po potwierdzonej diagnozie następuje w człowieku życiowa korekta oparta o kryterium duchowej przydatności. Choroba jest jak zaktualizowane okulary – nagle widać wyraźniej i więcej. Widać to, co najistotniejsze i co dotąd przysłonięte rutyną codzienności. Wtedy człowiek aż nadto zdaje sobie sprawę, iż życie jest zbyt krótkie, żeby tracić je na rzeczy zbędne. Tak właśnie postępuje Keller, bohater cytowanych wyżej „Wyjadaczy”:

„W gruncie rzeczy przynajmniej począwszy od tego wydarzenia, od ugryzienia przez psa, dzielił życiowy materiał na przydatny i nieprzydatny, na przydatny dla jego głowy i myśli i na nieprzydatny dla jego głowy i myśli, przydatny wpuszczał do głowy i umysłu, nieprzydatnego nie wpuszczał. Począwszy od tego wydarzenia, znał już tylko ten jeden mechanizm przetwarzania życia. Kalectwo dało mu legitymację do nieustannego stosowania tego mechanizmu przez całe życie, natura i postać Wellerowego psa postawiły go w sytuacji, w której musiał z nieszczęścia ugryzienia przez psa uczynić swoje szczęście i wyłączny duchowy przedmiot, a równocześnie kosmos duchowy i duchowy triumf, jak twierdził.”   

Z perspektywy człowieka chorego rzeczywistość nabiera ostrości, jeśli chodzi o rzeczy prawdziwie istotne czy ostateczne. Choroba staje się filtrem, który oddziela rzeczy ważne od nieistotnych. Być może to ona właśnie sprawia, że w pewnym momencie idziemy, jak uporczywie w „Autobiografiach” powtarzał Bernhard „w przeciwnym kierunku”, wbrew społecznym oczekiwaniom, niekiedy w poprzek naszej dotychczasowej drogi.

Warto pamiętać, że choroba, a zwłaszcza jej akceptacja, ma też jeszcze inny aspekt – dodaje życiowej odwagi. Dzięki dystansowi do siebie i  świata, powoli tracąc życie, nie ma się już nic innego do stracenia, ma się za to odwagę mówić rzeczy dla interlokutorów niewygodne i niepoprawne. Ktoś musi opowiedzieć świat takim, jaki on jest. Osobom chorym ta narracja przychodzi łatwiej.

Bernhard dokonuje też pewnego odwrócenia ról. Oto chory reprezentuje zdroworozsądkowy ogląd kondycji społecznej, dezawuuje hipokryzję społeczeństwa,
w którym kobieta z Eferding ucieleśnia społeczne zamroczenie konwenansami i konsumpcją. W efekcie – teoretycznie zdrowe społeczeństwo to w rzeczywistości stępione umysły. W „Autobiografiach” podkreśla wielokrotnie, że „profesorowie byli jedynie wykonawcami idei skorumpowanego społeczeństwa, w istocie zawsze odczuwającego wrogość wobec umysłu.”

Można przyjąć tezę, że Bernhard to Nestbeschmutzer, że jak marnotrawny syn krytykuje i dezawuuje swoją ojczyznę. Może jednak nie jest to kalanie ojczyzny, tylko jej krytyka ku przestrodze? Bo jeśli to zaślepione społeczeństwo, nietolerancyjne wobec słabości i kalectwa, z historyczną amnezją, z zamkniętymi umysłami, doprowadzi do powtórzenia XX w. nie będzie miał kto opowiadać naszych historii. Wtedy po nas już tylko nic.  

*

Proza Bernharda pokazuje, że choroba jest wielkim sprawdzianem człowieczeństwa. Ujawnia  ułomność nie tylko chorującego, ale też obnaża słabości wszystkich, którzy się z chorym stykają – najbliżsi, personel medyczny, czy wreszcie ogół społeczeństwa. Jak powiedział Bernhard, choroba jest niegodna człowieka. Bawiąc się językiem można jeszcze dodać, że chorujący traci swoją godność, a otoczenie często okazuje się niegodziwe. Szczególnie postępująca dehumanizacja dokonuje się w szpitalnych murach, gdzie „człowiek staje się kreaturą, w której nie widzi się już człowieka.” W „Autobiografiach” możemy przy okazji zaobserwować ciekawe przesunięcia w obrębie relacji pacjenta z otoczeniem. Dokonują się tu pewne zmiany w układzie ról, w zależności od stanu zdrowia bohatera jest on uczestnikiem lub obserwatorem. W fazie  chorobowej widzimy układ: ja i my, pacjenci, a w fazie względnego wyzdrowienia relacja ta zmienia się na ja i oni, pacjenci.

Mamy tu też ciekawy zabieg teatralizacji szpitala – pacjenci jak marionetki, podwieszeni pod kroplówkami, z pielęgniarkami pociągającymi za sznurki. Na dodatek szpital okazuje się doskonałą soczewką społeczeństwa z hierarchią opartą na stanie posiadania. Z punktu widzenia pacjenta uderza szpitalny brak sprawczości i przedmiotowość. Odwieczny brak dialogu na linii lekarz – pacjent. Lekarze oddzieleni od pacjenta ścianą białego fartucha, rękawiczkami i stetoskopem. Uzbrojeni w te atrybuty mogą się zająć pacjentem bezpiecznie. Nie ryzykując bezpośredniego osobistego zaangażowania. Fartuch lekarski stanowi cezurę oddzielającą świat zdrowych od chorych.

Warto przy okazji zauważyć, że często w przypadku osób przewlekle czy nieuleczalnie chorych pojawiają dwie skrajne postawy: z jednej strony szczególny apetyt na życie, wręcz żarłoczność istnienia, z drugiej destrukcyjna depresja prowadząca ku samounicestwieniu. Przedmiotowo- eksperymentalne traktowanie pacjentów przez personel medyczny sprzyja tej drugiej:

„często zdarzało mi się już ratować własne życie, z chwili na chwilę przestając słuchać lekarzy, ponieważ zapewne już bym nie żył, gdybym w decydującym momencie nie przestał słuchać lekarzy, w pierwszym momencie lekarze są może ważni, wtedy mianowicie, kiedy okazuje się, iż niezbędna jest natychmiastowa pomoc lekarska,(…). Na to, żeby wbrew woli lekarzy wyjść ze szpitala i samemu uporać się z taką śmiertelną chorobą, zawsze był właściwy moment” – pisze Bernhard w „Korekcie”.

Życie to nic innego jak droga ku śmierci, to nic innego jak oswajanie odchodzenia, jak określił to Zanussi, życie to „śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”. Życiowa sinusoida to nieustanne zmagania życia ze śmiercią albo śmierci z życiem, wszystko zależy od przewagi jednego nad drugim.

Jednakże prawdziwa złośliwość nieuleczalnych chorób polega między innymi na tym, że w swej przewrotności pozwalają znienacka euforycznie cieszyć się życiem, by zaraz potem, chichocząc z ludzkiej naiwności, je brutalnie odebrać. Choróbska takie pozwalają na zastrzyk życiowej energii, na iluzję powrotu do zdrowia, by chwilę później wyzwolić reemisję, jak karę za śmiałość, za bezczelność niepohamowanej chęci kontynuacji dotychczasowego żywota. Życie z chorobą przewlekłą to dożywocie. Każdy nieuleczalnie chory ma swój Grafenhof, szczęśliwcy odwiedzają go raz w życiu, inni bywają tam razy kilka coraz bardziej asymilując się z tymi przykutymi do łóżek łańcuchem medycznych zależności.

„Zawsze jesteśmy bardzo blisko korekty, tego, by jej dokonać, skorygować siebie, wszystko skorygować, zabijając się, ale nie dokonujemy jej. Skorygować całą naszą egzystencję jako jeden wielki fałsz bez dna.” – zauważa Bernhard we wspomnianej „Korekcie.” W tym sensie uhonorowaniem życia jest śmierć, bowiem jako oddzielenie ducha od cielesności, jest samym duchem, w czystej formie, jak powiedziałby Witkacy. Autokorekta pozwala wyzwolić się z przytłaczającego nikczemnością świata, chociażby po to, „by móc go oglądać pod swoim kątem i przez własny obiektyw.” Chęć powrotu do zdrowia, wyjście ze strefy nie-życia to warunek wyrwania się z chorobowego marazmu. Z wyniszczającej, otępiającej chorobowej bezczynności ku życiodajnej twórczości. Często realizowanej w oczyszczających obszarach sztuki – przez malarstwo, muzykę, literaturę. Przez wartości, za którymi kryje się wyższość ducha nad materią. Ratunkiem może być trzymające przy życiu udawanie sensu wyzwania codziennej, przyziemnej rutyny, trzymające przy ziemi, przy życiu. Ważne, by przekształcić cierpienie (chorobę) na twórczość, niemoc fizyczną przekierować na kreatywność. Przerobić cierpienie na literaturę, śmierć obrócić w kierunku życia, życiowy kompas przestawić w stronę istnienia:

„Już w tym czasie znalazłem ucieczkę w pisaniu, pisałem i pisałem, nie wiem ile, setki, wiele setek wierszy, istniałem tylko wtedy, kiedy pisałem, mój dziadek, poeta, nie żył, teraz ja mogłem pisać, teraz ja miałem możliwość uprawiać poezję, odważyłem się na to, miałem ten środek do celu, rzuciłem się na poezję ze wszystkich sił, zniewalałem cały świat, przetwarzając go w wiersze, i nawet jeśli te wiersze były bezwartościowe, to znaczyły dla mnie wszystko, nic na świecie nie znaczyło dla mnie więcej, nie miałem nic prócz możliwości pisania wierszy” – pisał Bernhard w „Autobiografiach”.

Można powiedzieć, że życie to ucieczka przed śmiercią. Można dodać, że życie wymaga autokorekty. To ona, dopuszczona do głosu w odpowiednim czasie, pozwala utrzymać  się na powierzchni. Narzędziami autokorekty może być muzyka (Schubert i Mozart u Bernharda) czy literatura (dla Bernharda kolejne „Biesy”, których nie wolno zignorować), czy filozofia: „Już wiele lat temu rozpocząłem studium, w którym próbowałem z Schopenhauera wydobyć kompozytora, a z Schumana wydobyć filozofa, ale zarzuciłem je potem, i być może nadszedł teraz czas, by powrócić do tego studium, (…) być może mam jeszcze przed sobą etap w życiu, w którym będę do tych wszystkich studiów zdolny.” Właśnie wspomniana muzyka Mozarta jest, zdaniem pianisty Piotra Anderszewskiego, najdoskonalszym rozwiązaniem tego paradoksu tworzenia i niszczenia. Mozart – powiada Anderszewski – daje [mi] to poczucie, że pozostanie przy życiu to zaszczyt.

 

Choroba jako retusz rzeczywistości. Uwagi o (nie)życiu w twórczości Thomasa Bernharda
kodowanie: projekt: