10.09.2018 / Edyta Kolasińska-Bazan / Aktualności

Życie sprawia autentyczną radość - wywiad z Markiem Dudzińskim

O życiu, wartościach, pasjach (m.in. o podróżach na Svalbard, powszechnie zw. Spitsbergenem) opowiada Marek Dudziński – specjalista chorób wewnętrznych i hematologii, kierownik Kliniki Hematologii w Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim nr 1 im. Fryderyka Chopina w Rzeszowie.


Lodowiec Foxfonna, okolice Longyerbyen, Svalbard


Lubi Pan upały?
Nie lubię upałów, ale jeśli upał jest na pustyni, gdzie jest pięknie, a wokół panuje spokój i w promieniu wielu kilometrów nie ma tłumu, to wówczas upał jest przyjemnością. Zaskoczyła mnie Pani tym pytaniem…

Chcę Pana nakłonić do zwierzeń…
Zwierzeń?

Zatem kolejne pytanie – lubi Pan ekstremalne sporty i niskie temperatury?
Lubię miejsca, w których panują niskie temperatury nawet w lecie, ponieważ zwykle nie są to miejsca odwiedzane przez rzeszę turystów. Co do ekstremalnych sportów, to pewnie nadal lubiłbym je uprawiać, gdybym był młodszy.

Kokieteria czy skromność?
Skąd! Szczera prawda, jak i to, że lubię ruszać się.

Jest pan lekarzem, kierownikiem Kliniki Hematologii…
Pełnię obowiązki kierownika, spotkało mnie to trochę przypadkiem, jak wiele rzeczy w życiu. Przyznam, że ta funkcja nieco pogarsza work – life balance, ale to bardzo ciekawe doświadczenie i daje coś w zamian. Generalnie lubię życie i jestem ciekawy świata, a życie sprawia mi autentyczną radość.

O tej radości zamierzam dziś z Panem rozmawiać.
Radością jest tu i teraz – to, co nas właśnie spotyka – albo czerpiemy radość, albo przechodzimy obojętnie.

„Obojętnie”, czyli nie chwytamy, nie dostrzegamy radości?
Przechodzimy obok, czekając na coś, co wcale może się nie wydarzyć. Nauczenie się radości, z tego, co otrzymujemy, co posiadamy czyni życie łatwiejszym.

Czy tą myśl przekłada Pan również na swoje życie zawodowe w kontaktach z pacjentem, mając na uwadze, że spotyka Pan na drodze często ludzkie tragedie?  
To uruchamia inny rodzaj radości – kontakt z drugim człowiekiem, potrzebującym pomocy daje coś niezwykle trudnego do zwerbalizowania…

Satysfakcję?
Zatem i radość. Jako lekarze mamy to szczęście, że stosunkowo łatwo nam znaleźć uzasadnienie etyczne, moralne dla naszej pracy. Zatem, jeśli nasza praca jest potrzebna, a wykonywana jest dobrze, to wówczas jest dobra dla ludzi i ma sens. A jeśli ma sens, to łatwiej jest ją wykonywać i nie staje się codzienną udręką, czyli nie służy jedynie zarabianiu pieniędzy (co oczywiście jest także istotne!).

I wtedy czyni radość?
Optymalnie, to „uszczęśliwia” dwie strony.

Co jest antagonistą radości? Co ją zakłóca w życiu lekarza?
Najtrudniejsze jest zmaganie się z organizacyjną rzeczywistością polskiego systemu opieki zdrowotnej (i w zasadzie opieki zdrowotnej w ogóle).

Dlaczego?
System jest pełen absurdów, a przełamywanie barier organizacyjnych pochłania niezwykle dużo energii, którą można by skupić bezpośrednio na pomocy drugiemu człowiekowi. 

Relacji z chorym?
Relacja z pacjentem sprawia radość, więc ma sens (odwołuję się do mojej wcześniejszej wypowiedzi), a jeśli stracimy ten sens, to praca staje się udręką…

Czym dla Pana jest sukces?
W tym najgłębszym sensie sukces jest odczuwaniem radości z życia, z tego, co się robi (wykonuje) – pod warunkiem, że nie jest to toksyczne dla otoczenia. Sukcesem jest to, że inni chcą z nami spędzać czas. Hmm…Poruszamy trudne tematy: sens życia, relacji z drugim człowiekiem, wtedy trudno jest uniknąć patosu…

To prawda. Czy głębiej odczuwa się radość życia z rodziną, z bliskimi?
Na pewno… [uśmiech]

Uśmiechnął się Pan. Zdradzi Pan, o kim pomyślał, gdy zadałam pytanie?
O mojej żonie, która mnie niezwykle inspiruje. No i robi się wątek bardzo osobisty.

Proszę mi zadać pytanie dla równowagi.
Wie Pani, że na zdolność do odczuwania radości wpływa konstrukcja mózgu?

Sprytnie. Proszę rozwinąć wątek…
Jedni mają łatwość odczuwania radości życia, a dla innych jest to niezwykle trudne. Nie można mieć do nikogo pretensji, że nie odczuwa radości, ponieważ to, jakim kto jest w dużej mierze decyduje przypadek.

Hmm… Czy można sprawić, żeby (pomimo budowy mózgu) jednak odczuwać radość, choćby jakaś jej część?
Jest mnóstwo „wspomagaczy”, m.in. hobby, a więc na przykład sport… Weźmy dla przykładu wspinaczkę.

Uprawia Pan wspinaczkę?
Uprawiałem, dlatego wiem, że podczas wspinania osoby nawet najbardziej rozproszone nie są w stanie myśleć o problemach życiowych, kłopotach, stresie; to zajęcie angażuje sto procent uwagi.

A czym jest wypoczynek, np. podczas urlopu?
Każdy ma inny model wypoczynku. Dla mnie istotne jest, aby robić coś zupełnie odmiennego, a nawet odwrotnego do codzienności. Na co dzień pracuję z ludźmi, a podczas urlopu potrzebuję wyciszenia.

Nie ma więc mowy o tłumie? Raczej samotność?
Jeśli jest kilkoro bliskich ludzi, z którymi patrzymy podobnie na świat, to jest to sytuacja cudowna. Nie trzeba wtedy nawet za wiele rozmawiać. [uśmiech] Kolejnym istotnym elementem wypoczynku jest oderwanie, odłączenie się od wszelkich bodźców, których dostarcza nam świat na co dzień.. I unikanie wszelkich wygód.

Obóz w dolinie Adventdalen, Svalbard


Np. internet, telefon?
Trzeba być „unplugged” – odłączonym od internetu. Podczas urlopu w ogóle odłączam wielozadaniowość. Chcę się wtedy skupiać na jednej rzeczy.

Delektować się?
Doskonałe określenie – chcę się delektować. Wcześniej zadała mi pani pytanie, czy lubię upały.

Zadałam celowo, ale i przekornie…
Z reguły tam, gdzie jest bardzo ciepło jest masa ludzi i cała infrastruktura związana z tym „wypoczynkiem”. To jest właśnie (według mnie) sport ekstremalny, którego chciałbym uniknąć. Dlatego poszukuję takich miejsc, które są wymagające, puste (bez tej całej infrastruktury, bez  zasięgu telefonii komórkowej). Takie miejsca można znaleźć w Polsce, choćby w Beskidzie Niskim.

Ale to chyba na tzw. krótki wypad, a nie urlop?
Zdecydowanie na weekend. Te odleglejsze miejsca, które chętnie odwiedzam, to daleka północ Norwegii i Finlandii, spory kawałek za kręgiem polarnym. Takim miejscem jest Svalbard (powszechnie zwany Spitsbergenem), po części Islandia, w interiorze… Wszystkie wymienione obszary są chłodne, choć w związku z globalnym ociepleniem nie aż tak, jak sobie zazwyczaj wyobrażamy. Ciekawy jestem Grenlandii, której dotąd nie poznałem.

Wszystko przed Panem. Na wyprawy wybiera się Pan samotnie?
Zwykle z żoną. I kilkoma sprawdzonymi przyjaciółmi.

Co w tych rejonach szczególnie Pana zauroczyło?
„Zauracza” mnie (bo to dzieje się wciąż i nie ustaje) nieskażona, surowa natura, krajobrazy… Tam przez cztery i pół miesiąca w ogóle nie zachodzi słońce (ale i przez taki sam czas nieustannie trwa noc). Jest oszałamiająco pięknie! Głównie górska przyroda, lodowce spływające prosto do morza. Dwie trzecie Svalbardu pokryte jest lodem, ale jedna trzecia rozmarza i pojawia się wówczas arktyczna przyroda – surowa, która jednak mieni się wszystkimi kolorami. Powietrze jest tam tak przejrzyste, że góry, czy miejsca oddalone o wiele kilometrów, wydają się niezwykle bliskie. Do tego stopnia, że jeśli ktoś jest tam po raz pierwszy myśli, że pokona wędrówkę w półtorej godziny, a idzie cały dzień i nie zawsze dociera, jak wcześniej planował.

Podstępnie. Jakie są temperatury w lecie?
Bardzo przyjazne, pomiędzy minus 2 a plus 10 stopni Celsjusza.  Wtedy słońce świeci cały czas, pod warunkiem, że nie jest zasłonięte chmurami. Tamtejszy teren to lód i góry, albo bagna porośnięte mchami, porostami; bądź stąpamy po piargach i kamieniach. Jest dużo rzek, wypływających z lodowca, które trzeba przekraczać. Teren jest trudny – jesteśmy tylko zdani na siebie. To, co najbardziej mnie fascynuje, to świadomość, że chodzi się po terenie, na którym być może nie stanęła dotąd ludzka stopa. Wiele gór nie ma nazw. Svalbard ma powierzchnię ok. jednej trzeciej Polski, przy czym zamieszkuje ją ok. 2 tysięcy ludzi.

Longyerbyen, Svalbard


Raj na Ziemi, jak dla mnie.
Są dwa miasta i trzy stacje badawcze. Stolicą Svalbardu (z siedzibą gubernatora) jest Longyearbyen. Jest to terytorium pod zarządem norweskim, ale nie jest to Norwegia. Ciekawostką jest, że są tam sklepy bezcłowe. Dla przykładu w stolicy mieszka w lecie około półtora tysiąca ludzi. Drugim dużym miastem, skupionym wokół kopalni węgla kamiennego jest rosyjski Barentsburg (dostępny jedynie od strony morza), gdzie mieszka ok.700 osób.

Niesamowite!
Opowiem Pani o Pyramiden mieście rosyjskim, zbudowanym u podnóża lodowca. Kiedyś to było jedyne na świecie prawdziwie komunistyczne miasto, gdzie wszystko było za darmo!

Słucham?!
Sklepy, kino, restauracje, przedszkole, szkoła, kultura, nawet basen olimpijski – wszystko za darmo wśród oszałamiającej, arktycznej przyrody..

Pierwszy raz o tym słyszę!
Niezwykłe miejsce! Jednak pewnego dnia (chyba w 2000r.?) nagle wszyscy mieszkańcy opuścili miasto, pozostawiając swój dobytek.

Z jakiego powodu wynieśli się?
Ekonomicznego. Rosji nie było stać na utrzymywanie Pyramiden. W mieście pozostały tylko dwie osoby. To, co pozostało po mieszkańcach jest właśnie powoli pochłaniane przez przyrodę.

Jestem oszołomiona ale i zauroczona Pana opowieścią.
Bo tamte tereny tak właśnie działają na człowieka. [uśmiech]  Jedynym środkiem transportu w tamtych rejonach są łódź i własne nogi. Oczywiście wcześniej trzeba tam dolecieć, a potem wszystko nieść na własnych plecach [śmiech]. Trzeba też pamiętać o niebezpieczeństwie, które niesie kontakt (ewentualny) z dzikimi zwierzętami, tj. z niedźwiedziami.

Groźna, ale i oszałamiająca przygoda – móc tam być, wędrować, czuć, delektować się…
Mógłbym opowiadać wiele godzin o zauroczeniu tym obszarem, naturą, ale i jego mieszkańcami, którzy są… dość specyficzni.

Spodziewam się, że nietuzinkowe osoby zamieszkują te tereny. Czy utrzymuje Pan może z kimś kontakty?
Tak, z rdzenną mieszkanką dalekiej północy z ludu Saami – artystką, promotorką kultury samskiej, filantropką, hodowczynią psów Husky, bizneswoman: producentką papieru czerpanego w manufakturze w Tajlandii i oliwy z oliwek w Hiszpanii.

Wow! Niesamowite! Mówi Pan o jednej osobie?
Tak, to wciąż jedna osoba. To jest historia na zupełnie oddzielną rozmowę.

Jak ma na imię tajemnicza rdzenna mieszkanka dalekiej północy z ludu Saami?
Satu. Dodam, że odwiedziła nas w Polsce.

Zatem opowieść o Satu pozostawiamy na kolejne spotkanie. Tymczasem życzę, aby Pan poznał Grenlandię, wówczas chętnie wysłucham kolejnych fascynujących historii. Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Edyta Kolasińska-Bazan


Życie sprawia autentyczną radość - wywiad z Markiem Dudzińskim
kodowanie: projekt: