4.07.2018 / hematoonkologia.pl / Aktualności

Immunologia na szkiełku humanisty

Agnieszka Giannopoulos rozmawia z młodym "postdokiem" Elizą Głodkowską-Mrówką z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego o łączeniu pasji humanistycznych z naukami ścisłymi oraz zagranicznym stażu na Uniwersytecie w Kopenhadze.


Agnieszka Giannopoulos: Co zdecydowało o twoim wyborze studiów medycznych?

Eliza Głodkowska-Mrówka: Ta decyzja było dość złożona i trudna, bo interesowało mnie wiele rzeczy, od fotografii przez filozofię i studia językowe po kierunki przyrodnicze. Byłam w klasie o profilu matematyczno-fizycznym, większość znajomych wybierała się na studia ekonomiczne lub inżynieryjne, co mi nie odpowiadało. W końcu doszłam do wniosku, że muszę wybrać pragmatycznie – pójść na studia jednocześnie interesujące i dające konkretny fach. Z fachem w ręku jest z czego żyć, a hobby można zajmować się po godzinach. I tak padło na medycynę – najciekawsze studia o człowieku, jakie można sobie wyobrazić.

Łączysz zainteresowania ścisłe z humanistycznymi. Opowiedz o tym.

Podczas studiów medycznych zaczęłam studiować kulturoznawstwo, ale zrezygnowałam, w związku z pracą w laboratorium nie starczyło mi już na to czasu. Z tęsknoty za humanistycznymi tematami (i za sztuką) chodziłam na różne zajęcia na UW, początkowo ze znajomymi z innych kierunków (zakładając, że nikt nie zauważy – i nikt nie zauważał), później w ramach Uniwersytetu Otwartego, do Związku Polskich Artystów Fotografików itp. Zawsze byłam głęboko zanurzona w różne formy sztuki – skończyłam szkołę muzyczną w klasie fortepianu, przez wiele lat śpiewałam w chórze, grałam na perkusji, rysowałam, fotografowałam… i nadal to robię. Jest to dla mnie język porozumienia ze światem, narzędzie pozwalające się światu przyglądać. Ale przy tym wszystkim zostałam wychowana w duchu pozytywistycznym, wpojono mi, że trzeba być użytecznym dla świata i społeczeństwa, i dlatego też pracuję w dziedzinie, która taka jest. A zainteresowania humanistyczne funkcjonują w ramach nagrody za ciężką pracę.

Czy studia humanistyczne przydają się przy projektowaniu i wykonywaniu eksperymentów naukowych?

Dziedziny humanistyczne uczą umiejętności wymiany poglądów – dyskusji i argumentacji, uwzględniania różnych punktów widzenia. To bardzo cenne umiejętności, które przydają się w pracy naukowej, gdzie często tak bardzo skupiamy się na jakimś szczególe, że tracimy dystans i odniesienie do kontekstu. Uwolnienie się, choćby na chwilę, od dyskursu stricte naukowego daje oryginalne podejście, które pomaga rozwiązywać problemy naukowe.

Jak zaczęła się twoja przygoda z pracą naukową?

Na drugim roku mieliśmy zajęcia z immunologii z bardzo miłym studentem pracującym w Zakładzie Immunologii, który bardzo zachęcał do pracy w Kole Naukowym. Przechodziłam wtedy rodzaj intelektualnej depresji, bo pierwsze lata medycyny były nie tylko dalekie od moich wyobrażeń o medycynie, ale o studiach i uniwersytecie w ogóle. Na zajęciach wiało nudą i od lat powielanym, zakurzonym schematem. Szukałam czegoś, co by to przełamało. Tak naprawdę myślałam o drugich studiach. Na spotkanie w sprawie naboru do Koła Immunologii poszłam bez entuzjazmu, za namową koleżanki i… zostałam wybrana jako jedyna kandydatka z roku. A że praca naukowa jest uzależniająca, to już tam zostałam.

Czy pracujesz wyłącznie naukowo czy również jako klinicysta?

Głównie naukowo, bo nie mam możliwości pracy klinicznej. Robię specjalizację z diagnostyki laboratoryjnej.

Jesteś laureatką programu  INTER  Fundacji  na  Rzecz  Nauki  Polskiej  (grant  badawczy  i  nagroda publiczności za najlepszą prezentację projektu naukowego) w 2013 roku. Jakie masz inne nagrody?

Projekt Skills Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej  i Inter 2013. Skills i Inter to gałęzie tego samego drzewa. Skills to głównie kursy i coaching, więc za wiele nie ma do opowiadania. Inter to ciekawsza historia. Kiedy byłam na studiach doktoranckich, do mojego promotora pomocniczego dr. Tomka Stokłosy zgłosił się z prośbą o pomoc jego znajomy profesor Daniel Gryko z Instytutu Chemii Organicznej PAN. Jego zespół syntetyzował nowe barwniki do wykorzystania w mikroskopii dwufotonowej, ale nie miał możliwości sprawdzenia ich funkcjonalności w komórkach. My takie możliwości mieliśmy i tym sposobem narodziła się współpraca. Muszę przyznać, że był to bardzo przyjemny projekt łączący naukę i sztukę – dużo fotografii, ładnych kolorów. Współpraca nie była sformalizowana i nie mieliśmy żadnego finansowania, a mimo to moje wyniki znalazły się w dwóch wspólnych publikacjach. Wtedy pojawił się projekt Inter, pozwalający na uzyskanie skromnego, ale w zupełności wystarczającego dla nas finansowania projektu interdyscyplinarnego. Po przejściu przez sito recenzentów oceniających grant, szereg szkoleń, i po wzięciu udziału w konkursie na najciekawszą prezentację popularnonaukową - udało się. Pamiętam, że do wyjaśnienia, na czym polega barwienie komórek, wykorzystałam mąkę krupczatkę i specjalny niewysychający klej… taka plastyka na poziomie szkoły podstawowej. Dzięki projektowi Inter jeszcze przez dwa lata współpracowałam z zespołem prof. Gryko i miałam przyjemność testowania nowych barwników. W sumie nasza współpraca zaowocowała sześcioma publikacjami.

W 2012 roku otrzymałam nagrodę Ministra Zdrowia (zespołowa, naukowa) dla nauczycieli akademickich za publikację dotyczącą mechanizmów lekooporności w przewlekłej białaczce szpikowej w 2011 roku, Złotą  kukułkę, przyznawaną  przez  Warszawski  Uniwersytet  Medyczny za pracę naukową najlepiej cytowaną w ciągu ostatnich pięciu lat, oraz kilkakrotnie nagrody Rektora WUM za współautorstwo publikacji naukowych. Byłam też stypendystką FEBS (Federation of European Biochemical Societes) i UICC (Union for International Cancer Control). W 2015 roku otrzymałam stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych naukowców.

Jak trafiłaś do Kopenhagi?

Po obronie doktoratu (tak naprawdę, nieco wcześniej) zaczęłam szukać miejsca na staż podoktorski. Zaaplikowałam w kilka miejsc, z których najbardziej interesujące były dwa: zespół Elli Papaemmanuil w Sloan Kettering Cancer Center w Nowym Jorku, zajmujący się genomiką chorób hematologicznych, i zespół Bo Porse z Biotech Research and Innovations Center (BRIC) na Uniwersytecie w Kopenhadze, zajmujący się prawidłowymi i nowotworowymi komórkami macierzystymi krwiotworzenia. Dostałam stypendium na wyjazd do Stanów Zjednoczonych i jednocześnie zaproponowano mi kontrakt w Kopenhadze. Wybrałam ten drugi zespół nie tylko z powodów naukowych, ale też dlatego, że wolałam zostać w Europie. Po krótkim stażu w grupie prof. Tomasza Skórskiego w Temple University School of Medicine w Filadelfii miałam przedsmak życia za oceanem, Skandynawia natomiast słynie z doskonałego środowiska pracy i ta sława jest zasłużona. Pozbawiona hierarchii struktura społeczna, dobre warunki pracy – od sprzętu po wynagrodzenie – wysoka kultura pracy, dbałość o równowagę pomiędzy życiem prywatnym a pracą, to wszystko sprawia, że pracuje się tu przyjemnie i efektywnie.

Jakie zainteresowania naukowe realizujesz w laboratorium?

Jeden z dużych projektów, jakie prowadzę, dotyczy czynników epigenetycznych warunkujących utratę zdolności do samoodnawiania się komórek macierzystych w trakcie różnicowania. Przeprowadziłam wielomiesięczne badanie przesiewowe na zwierzętach, które pozwoliło mi je wytypować. Obecnie jestem w trakcie ich walidacji i wyboru celów do dalszych badań. Jeśli moje wstępne obserwacje się potwierdzą, uzyskamy możliwość indukowania zdolności do samoodnawiania się w komórkach progenitorowych, co może zwiększyć skuteczność protokołów przeszczepiania komórek macierzystych hematopoezy. Mój drugi projekt, na który uzyskałam finansowanie z duńskiego Ministerstwa Nauki, dotyczy roli jednego z czynników epigenetycznych w rozwoju i progresji ostrej białaczki szpikowej oraz możliwości wykorzystania go jako celu terapeutycznego.

Jak wygląda Twój duński staż?

Praca naukowa jest mniej więcej taka sama wszędzie – w Polsce, w Niemczech, czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie odbywałam wcześniej staże. Tutaj jedynie czy słońce, czy deszcz jeżdżę do pracy rowerem, co jest miłą odmianą po zatłoczonym warszawskim metrze (miejsc pod instytutem zaczyna brakować już koło godziny 9.00). W Instytucie nie mamy obowiązków dydaktycznych, więc cały czas mogę poświęcać na pracę naukową, czyli eksperymenty, czytanie, pisanie, seminaria. Tych ostatnich mamy bardzo dużo – raz w tygodniu seminarium gościa z zewnątrz w naszym Instytucie, do tego seminaria gości zaproszonych przez wydział, seminaria noblistów czy innych sław naukowych zapraszanych przez Uniwersytet. Zawsze można zapisać się na spotkanie lub lunch z zaproszonym gościem i porozmawiać o swoich projektach, nauce w ogóle, poprosić o radę itp. To daje ogromne możliwości poznawania innych naukowców i otwiera na świat naukowy poza wąską dziedziną, w której się specjalizujemy. Jako „postdoc”, czyli osoba na stażu podoktorskim, jestem też objęta programem szkoleń i spotkań dotyczących kariery. Szczególnie ciekawy jest cykl „From postdoc to PI”, w którym młodzi szefowie grup dzielą się swoim doświadczeniem w tworzeniu swojej grupy, aplikowaniu o granty, uniezależnianiu się od swoich mentorów itp. Są też programy dla osób zainteresowanych transferem do przemysłu i współpracą z przemysłem oraz programy wspierania kobiet pracujących naukowo w sięganiu po stanowiska kierownicze. W ramach tego ostatniego programu ukończyłam niedawno roczny kurs z przywództwa i zarządzania w strukturach uczelni wyższej i pracy naukowej. Ogólny program szkoleń dla „postdoców” jest również bardzo interesujący i obejmuje szeroki wachlarz kompetencji, od pisania grantów i prac naukowych po umiejętności negocjacyjne czy zarządzanie projektami. Obok programu edukacyjnego, ogromną zaletą pracy w BRIC jest dostęp do świetnie funkcjonujących pracowni podstawowych, tzw. core facilities. Mamy m.in. doskonałe pracownie cytometryczne, mikroskopowe, zespół świetnych bioinformatyków i pracownię wysokoprzepustowych badań przesiewowych. Choć w większych instytucjach liczba dostępnych core facilities jest znacznie większa, nie możemy narzekać, mając dostęp do wszystkich niezbędnych technik. A jeśli go nie mamy na miejscu, to z dużym prawdopodobieństwem inna jednostka na Uniwersytecie Kopenhaskim, a najdalej w pobliskim Lund, ją posiada. Do tego jest cała masa spotkań i wydarzeń pozanaukowych: wspólnego oglądania filmów, imprez świątecznych i letnich, quizów itp. Typową duńską tradycją jest Friday beers – co drugi piątek o 16.00 wszyscy schodzą się do holu na piwo i krótkie plotki, naukowe i pozanaukowe. Pomaga to poznać ludzi pracujących w innych grupach, nawiązać kontakty, ale też odprężyć się po tygodniu pracy.

Jakie masz inne zainteresowania, poza nauką?

Podróżuję, fotografuję, czytam, rysuję, biegam, wspinam się w lodzie i skale, jeżdżę na rowerze, szyję ubrania, prowadzę bloga o książkach kucharskich. Uwielbiam przyrodę i staram się spędzać jak najwięcej czasu poza miastem, wędrując, obserwując zwierzęta, wspinając się czy śpiąc pod gołym niebem. Na pierwszy rzut oka Dania jest mało interesująca pod tym względem, ale to tylko pozory. Sporo tu ciekawych miejsc, a jeśli zapragnie się dzikości, stąd jest blisko do Szwecji i Norwegii.

Czy wrócisz do Polski? Masz plany na przyszłość?

Wrócę, pewnie już niedługo. Chciałabym ukończyć rozpoczętą specjalizację, choćby po to, żeby ciocie i wujkowie przestali podejrzewać, że żaden ze mnie lekarz, skoro wciąż jej nie mam. Pragnęłabym też usamodzielnić się naukowo, stworzyć własną grupę badawczą. Wyjechałam do Kopenhagi, pracując w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, i tam też chciałabym wrócić i dalej rozwijać się naukowo. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać ścisłą współpracę z Bo Porse i jego grupą.


 

Immunologia na szkiełku humanisty
kodowanie: projekt: