11.10.2017 / Edyta Kolasińska-Bazan. / Aktualności

Działania naukowe są drogą do prawdy, a nie do sukcesu za wszelką cenę

Rozmowa z prof. Bogusławem Machalińskim – specjalistą chorób wewnętrznych, hematologii i transplantologii klinicznej; kierownikiem Katedry Fizjopatologii i Zakładu Patologii Ogólnej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

 

Miło poznać „wnuczka naukowego” profesora Jędrzejczaka.

O! Rzeczywiście można tak powiedzieć. [uśmiech]

Sam prof. Jędrzejczak mi podpowiedział, że mogę się z Panem tak przywitać. [uśmiech] 

Prof. Jędrzejczak był mistrzem mojego nauczyciela… Profesora Mariusza Ratajczaka… U którego ja terminowałem i zaczynałem stawiać pierwsze, a potem bardziej zaawansowane kroki w obszarze biologii komórki macierzystej, komórek hematopoezy i całokształtu hematologii eksperymentalnej.

Skoro mowa o Prof. Jędrzejczaku natychmiast nasuwa się kolejne pytanie, dotyczące planów rozwoju hematologii w Szczecinie. Sądzę, że to pytanie z powodzeniem mogę skierować do dwóch osób: prof. Barbary Zdziarskiej i do Pana?

Pani prof. Zdziarska jest wieloletnim kierownikiem szczecińskiej Kliniki Hematologii. Ja do niedawna zajmowałem się głównie hematologią eksperymentalną, ale postanowiłem wrócić do kliniki (do pacjenta, do człowieka cierpiącego) i połączyliśmy siły. Nasze działania ukierunkowane na tworzenie oddziału transplantacji szpiku kostnego są mocno zaawansowane. Nawet nazwa ośrodka zmieniła się – aktualnie to Klinika Hematologii z Oddziałem Transplantacji Szpiku. Mamy już przygotowany oddział z siedmioma salami dla pacjentów przeszczepowych. Oczywiście myślimy o autotransplantacjach – wykorzystywaniu własnych komórek pacjenta do wspomagania leczenia niektórych schorzeń hematoonkologicznych. Mamy już pełne wyposażenie oddziału, a zespół niemal w komplecie.

Kogo jeszcze brakuje?

Kompletujemy zespół pielęgniarski i uzupełniamy liczbę lekarzy. Jesteśmy już na etapie formalnej akredytacji. W najbliższych dniach wyślemy wniosek do Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do Spraw Transplantacji „Poltransplant”. Następnie będziemy czekać na wskazanie przez Ministerstwo Zdrowia komisji akredytacyjnej, która na miejscu oceni dokumentację i aktualny stan.

Równolegle kończymy organizowanie i przygotowanie Banku Komórek Krwiotwórczych, który jest niezbędny dla autotransplantacji. Dodam, że w Szczecinie otworzyliśmy już trzy inne banki dedykowane przechowywaniu komórek i tkanek do przeszczepień. Ten będzie czwarty.

W jakim terminie prognozuje Pan otwarcie?

Na pewno trzeba będzie poczekać jeszcze kilka miesięcy na wszystkie niezbędne formalności, dokumenty. Pewnie najdłużej będzie trwała akredytacja samego banku z uwagi na to, że czas oczekiwania na komisję Krajowego Centrum Bankowania Tkanek i Komórek jest dość długi. Ufam, że otwarcie nastąpi na początku roku 2018, a może nawet na przełomie 2017/18? Wówczas moglibyśmy rekrutować pierwszych pacjentów.

Trzymam mocno kciuki! Pacjent na tym skorzysta.

Zdecydowanie tak, ponieważ pacjenci z naszego rejonu są narażani na długie podróże (najczęściej do Poznania, Kartowic, Gliwic, Lublina, Gdańska czy Warszawy), które wiążą się zarówno ze sporym obciążeniem czasowym, jak i finansowym – dla niektórych chorych niebagatelnym, co należy mocno podkreślić, gdyż są niestety pacjenci, których po prostu nie stać na takie podróże.

Tak po ludzku – chodzi o ekonomię?

Jako lekarz obserwuję wówczas niepowodzenia u tych pacjentów, bo oni rezygnują z wymaganych cyklicznych kontroli po zabiegu. My nawet nie wiemy, że rezygnują, stąd trudno jest zareagować odpowiednio wcześnie, zanim rozwiną się powikłania.

Rezygnują nie tyle z leczenia, co z… podróży, z kosztów „dodatkowych”?

Niemałych!

Są też pacjenci, którzy pracują i nie mogą pozwolić sobie na takie „wyjazdy”.

Oczywiście. Nie zawsze da się pogodzić optymalną terapię (ośrodek transplantacyjny) z punktem widzenia pacjenta, który mieszka w regionie oddalonym o setki kilometrów. To jest po prostu niekomfortowe.

Ale niebawem nastąpi rozwiązanie tych problemów?

Myślę, że jesteśmy już na tzw. finiszu i mam głęboką nadzieję, że z początkiem nowego roku będziemy rekrutować pierwszych pacjentów do zabiegów autotransplantacji.

Czym jeszcze może Pan „pochwalić się”? Mam na myśli plany rozwoju hematologii w Szczecinie.

Mamy względnie młody zespół hematologów i transplantologów, zatem musimy nabrać doświadczenia. To naturalne, ale uczą się Państwo od najlepszych.
Dlatego chciałbym też postawić akcent na rozwój naukowy naszego ośrodka klinicznego, żeby zaistniał nie tylko w Polsce, ale na poziomie Europy (minimum!). Żebyśmy mogli współpracować z wiodącymi ośrodkami w kraju i za granicą. Abyśmy byli postrzegani, jako interesujący i wiarygodny partner w badaniach klinicznych, naukowych czy eksperymentalnych. Nad czym już pracujemy. Od dwóch lat prowadzę program strategiczny, polegający na wykorzystaniu klinicznym komórek hematopoezy w próbie kontrolowania przebiegu ciężkich chorób neurologicznych, neurodegeneracyjnych, np. stwardnienia bocznego zanikowego. To niezwykle ciężka choroba, wciąż nie ma na nią leku, pacjenci cierpią w potwornych mękach… Umierają. Brak nawet nadziei.

Chyba podobnie było 50 lat temu, gdy hematolodzy właściwie patrzyli na śmierć?

Dokładnie! W hematologii osiągnięto przez ten czas niewiarygodny progres. Niestety, obszar neurodegeneracji jest prawdziwym wyzwaniem dla medycyny. Nie mamy skutecznego leku, stąd terapie komórkowe dają cień nadziei, przynajmniej na to, aby kontrolować przebieg choroby – złagodzić, spowolnić progresję.

Choroba dotyczy jedynie starszych osób?

Dotyczy każdego wieku, ale głównie osób w średnim i starszym wieku. Przyczyny nie są znane. Prowadzone są wnikliwe badania. Dlatego nasz ośrodek chciałby wkomponować się w panel polskich działań na niwie naukowo-badawczej.

Wspomniał Pan o badaniach naukowych, które są integralną częścią pracy akademickiej. Na Pana stronie (www.machalinski.pl) można przeczytać, że znaczną część tej formy aktywności na PUM [Pomorski Uniwersytet Medyczny] poświęcił Pan prowadzeniu prac badawczych nad komórkami macierzystymi, o czym już trochę rozmawialiśmy. Natomiast akcent chciałabym postawić nad tym fragmentem: „Duże doświadczenie w pracach nad projektami badawczymi zdobywałem będąc recenzentem ponad 170 wniosków składanych do KBN i NCN. Jednak najważniejsza była praktyka zdobyta w skutecznym aplikowaniu i realizacji ponad 20 grantów (na łączną kwotę ponad 40 mln zł), zwłaszcza, iż wieloma z nich mogłem kierować, a kilka posiadało szczególnie istotne znaczenie. Które uważa Pan za te najważniejsze?

Bezwzględnie najważniejszym grantem, który udało mi się pozyskać, to grant konsorcyjny – z pierwszego rozdania STRATEGMED. To Grant Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach strategicznego programu badań naukowych i prac rozwojowych „Profilaktyka i leczenie chorób cywilizacyjnych” na łączną kwotę 20 milionów. Z tego do PUM trafiło 8,6 mln. To niezwykle istotna kwota, która mocno wzmacnia nasz potencjał, także infrastrukturalny: wyposażenie ale przede wszystkim możliwość prowadzenia badań aplikacyjnych, klinicznych, gdyż mamy zaplanowane dwa eksperymenty medyczne obliczone na choroby neurodegeneracyjne.

Na stwardnienie boczne zanikowe oraz…?

Retinitis pigmentosa – choroba ciężka, wrodzona degeneracja siatkówki oka, która prowadzi do ślepoty. Niestety nie ma wciąż skutecznego jej leczenia, dlatego chcielibyśmy ocenić, jak efekty troficzne podawanych komórek (humoralne wydzielanie czynników białkowych) mogłyby wpłynąć na środowisko tkanki, żeby spowolnić postęp choroby.

Ambitne plany.

Jestem także usatysfakcjonowany zdobyciem kolejnego grantu OPUS Narodowego Centrum Nauki, który jest dedykowany pracom nad szpiczakiem plazmocytowym.

To chyba dość świeża sprawa?

W sierpniu 2017 r. została podpisana umowa z NCN – będziemy przez trzy lata realizować projekt we współpracy z ośrodkami klinicznymi w Polsce, także zagranicznymi. Niedawno przedstawiałem temat na spotkaniu Polskiej Grupy Szpiczakowej. Jest duża przychylność i chęć współpracy z nami.

Kolejny sukces w drodze do ulżenia choremu. Kim jest dla Pana pacjent?

Człowiekiem cierpiącym. Moim zadaniem jest łagodzić cierpienie, jeśli nie mogę pomóc znacząco, czyli całkowicie wyleczyć. Pomaganie cierpiącemu, to sens mojego życia. Pacjent dla lekarza, to najwyższy podmiot, to istota człowieczeństwa.

A co, jeśli chory jest trudnym człowiekiem?

Chory potrzebuje pomocy, a ja ze swoim wykształceniem i doświadczeniem jestem zobligowany, aby nieść mu pomoc niezależnie od tego, jakim jest człowiekiem. Zdarza się, że w swoim cierpieniu chory ma kryzysy, stany depresyjne, ale moją rolą jest prowadzić go w sposób holistyczny, zatem nie tylko terapia (strona merytoryczna), ale i podejście do pacjenta jest niezwykle istotne.

Rozmowa z ciężko chorym człowiekiem bywa trudna?

Tak, ale i bardzo ważna! Pacjent jest istotą mojego działania zawodowego. Często podkreślam to podczas spotkań z młodzieżą, doktorantami. Wskazuję też, że działania naukowe są drogą do prawdy, a nie do sukcesu za wszelką cenę.

Jest Pan lekarzem, ale i wykładowcą. Z tej pozycji postrzega Pan świat, pisząc na swojej stronie: „Chciałbym, aby nasza Alma Mater cieszyła się zasłużoną renomą, nie tylko w grodzie Gryfa. Jak do tego doprowadzić? Dla lekarza mogłoby to wydawać się stosunkowo proste – najpierw trzeba postawić uczciwą, opartą na faktach diagnozę, potem należy wybrać optymalną metodę leczenia, a w dalszej kolejności – skutecznie ją zastosować. Wypracowanie właściwej diagnozy i dostosowanie adekwatnej terapii wymaga nie tylko doświadczenia ale i czasu oraz zaangażowanej grupy osób (…).” Czy sukcesem są LUDZIE wokół Pana?

Zawsze są ludzie wokół nas. Bez zaufanego, wykwalifikowanego, zmotywowanego zespołu samemu dużo się nie zdziała. Oczywiście, coś tam można próbować, ale jeśli patrzymy na pracę lekarza, czy Pomorski Uniwersytet Medyczny, to sukces tkwi z ZESPOLE.

A zespół to ludzie.

Zgadza się. Trzeba więc ich doceniać, szanować, umiejętnie motywować. Trzeba też pomagać tym, którzy zwolnili swój rozwój naukowy (z różnych przyczyn), bądź starają się łączyć różne rzeczy jednocześnie, na skutek czego ów rozwój nie wydaje się być spektakularny. Trzeba niejednokrotnie zachęcać ludzi do cięższej pracy, tak, aby mieli świadomość, że ich praca jest ważna nie tylko dla nich samych (dla utrzymania siebie, rodzin), ale i większego celu.

Trudne zadania Pan sobie stawia.

Cały zespół musi synergistycznie pracować, inaczej nasza uczelnia, która nie jest licznym zespołem badawczym może nie zaistnieć. A przecież wiemy, że PUM od lat jest w czołówce polskich ośrodków naukowych. Co więcej – w tzw. twardych parametrach naukowych jesteśmy w pierwszej piątce publicznych uczelni!

To niewątpliwie sukces ZESPOŁU, a więc i Pana? 

Wiem, że prywatnie jest Pan niezwykle aktywnym człowiekiem: rower, pływanie, narty… Wycieczki górskie.
Czym jest sport w życiu naukowca, lekarza, wykładowcy?

W ogóle sport w życiu człowieka jest ważny, a w życiu naukowca, lekarza jest nieomal powinnością.

Dlaczego?

Od lat uprawiam sporty rekreacyjnie, ale i niektóre bardziej intensywnie. Sport pomaga mi we wszystkich sferach życia: lepiej organizuje czas, wpływa na mnie bardzo korzystnie – zarówno fizycznie, jak i psychicznie (produkcja endorfin, lepsze samopoczucie, większa wydolność), lepiej się śpi, lepiej pracuje umysł, a to wszystko przekłada się na lepszą jakość życia. Sport to przyjemność.

A w czym pomaga Krav maga?

[uśmiech] Ale mnie Pani zaskoczyła,

Mile?

Jasne! Moją pasją od dzieciństwa jest historia wojen. Wojskowość. Militaria. Od ośmiu lat chodzę regularnie na treningi Krav maga.

Grupowe?

Początkowo w dużej grupie, nawet w warunkach ekstremalnych.

To dość urazowy sport?
Zadziwia mnie Pani. Fakt, trzeba bardzo uważać, żeby nie odnieść poważnej kontuzji.

Próbowałam, ale ostatecznie nie odnalazłam się.

Nigdy nic nie wiadomo… [śmiech]. Kiedy zdobyta wiedza się przyda?! A przydała się właśnie przy okazji wywiadu z hematologiem, rektorem Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego [śmiech]. [śmiech] Idealnie! Od kilku lat trenuję Krav maga z personalnym trenerem.

Co daje Krav maga?

Komfort. Poczucie większego bezpieczeństwa. To jest bardzo praktyczny sport.

Wyposaża w konkretne umiejętności?

Tak. W tym niepewnym świecie, gdzie wszystko zdarzyć się może, nawet podczas wakacji, sztuka samoobrony może być pomocna.

To sztuka wymagająca dużego przygotowania fizycznego?

Dokładnie tak. Bardzo praktyczna, bez filozofii, jak niektóre sztuki walki.

„W tym niepewnym świecie” – czym jest przyjaźni?

Prawdą. W przyjaźni najważniejsze są dla mnie – lojalność, uczciwość, szczerość. Nie można być przyjacielem, jeśli ich nie ma. Czy przyjaźń byłaby przyjaźnią bez szczerości? Bez mówienia prawdy?

To nie przyjaźń, a znajomość.

Właśnie! A przyjaciel, to ktoś bliski.

Najbliższy.

Więc troszczymy się o niego. Czasem powiedzenie prawdy osobie najbliższej jest bardzo trudne, ale nieodzowne. Szczerze, wprost, ale łagodnie i z wielką troską.

A lojalność?

Lojalność w przyjaźni jest wymogiem bezwzględnym, bo bez przyjaźń lojalność jest… koniunkturalizmem.

„W życiu codziennym najbardziej nie lubię – bałaganu.” – przyznaje się Pan do tego publicznie.

Tak, rzeczywiście nie lubię. [uśmiech] Lubię porządek.

Mało który mężczyzna przyznaje się do tego.

Czasem oczywiście sam robię „twórczy bałagan”, ale znakomicie się w nim rozeznaję. Powiem więcej – wiem, czy w tym moim „bałaganie” ktoś coś ruszał, przekładał.

Cenna uwaga dla współpracowników i domowników! (rozumiem, też mam taką „uważność”)

Mam trzech synów i często bywa różnie z tym porządkiem. Bywają i trudne chwile…

Dla osoby lubiącej porządek na pewno. [uśmiech] Skoro wspomniał Pan o synach – w jakim są wieku?

Janek 16 lat, Mateusz 13 i Łukasz 11.

Mówiliśmy o przyjaźni, o najbliższych osobach, o synach, ale nic o żonie…

Żona jest lekarzem – profesorem okulistyki.

Zdradzamy imię?

Ania. Jest młodsza ode mnie o 8 lat. Dała mi trzech cudownych synów. Ania jest moim wielkim skarbem, jak i nasze dzieci.[uśmiech]

„Chciałbym, aby zostało po mnie coś dobrego…” – proszę dokończyć to zdanie, jako lekarz, naukowiec i człowiek.

Chciałbym pomóc chorym (największej ich liczbie) najlepiej, jak potrafię. Chciałbym, żeby ludzie o mnie mówili dobrze. Nie jestem pamiętliwy, zaciekły, nie chowam urazy.

Co nie znaczy, że nie pamiętam?

Najważniejsze są dobre intencje drugiej osoby. Wtedy można wiele zdziałać.

A prywatne pragnienia?

Chciałbym wychować synów na wartościowych ludzi. Mieć kochającą rodzinę, abyśmy zawsze na siebie mogli liczyć, ufać sobie. Chciałbym otaczać się przyjaznymi osobami i przekazywać im wszystko najlepsze, co sam posiadam. Człowiek jest jak świeca, która sama wypala się, ale zanim to nastąpi daje ogień innym.

Mocno trzymam kciuki za realizację planów. Dziękuję za rozmowę.



Działania naukowe są drogą do prawdy, a nie do sukcesu za wszelką cenę
kodowanie: projekt: