5.10.2017 / Ewa Biernacka / hematoonkologia.pl / Aktualności

Podróżowanie po świecie w poszukiwaniu dzikich zwierząt, pięknych widoków i samego siebie

HEMATOONKOLOGIA.PL: To prawda, że ma Pan Profesor dwie pasje – medycynę i podróże?

Prof. Piotr Rzepecki: Mam jeszcze trzecią – rower. Jednak nie nazwałbym ich pasjami – to raczej części mojego życia. Podróże to ta część mnie, która nie należy cała do pracy, do Kliniki Chorób Wewnętrznych i Hematologii w Wojskowym Instytucie Medycznym i do moich chorych, często na granicy życia i śmierci - ale cała do poznawania, doświadczania, przeżywania świata. Świat jest piękny – tuż za drzwiami szpitala czy domu, wystarczy wsiąść w pociąg podmiejski z rowerem. Dzięki książkom Polska niezwykła odkryłem wiele ciekawych miejsc w okolicach Warszawy – prawdziwe perły: w Budach Grabskich krzyż zrobiony z lufy niemieckiego czołgu (pozostałość po bitwie nad Bzurą w 1939 r.), obok w Bolimowie gong strażacki wzywający ongiś do pożaru, zbudowany z poniemieckiej butli po chlorze z pierwszej wojny światowej.

HEMATOONKOLOGIA.PL: A ten dalszy świat?

P.R.: Bakcyla podróżowania złapałem w dzieciństwie. Mój ojciec, marynarz, podróżował ze mną w czasie moich szkolnych wakacji statkiem pasażerskim w rejonie Morza Śródziemnego. Zwiedziłem z nim Alhambrę, arabskie kolorowe Maroko, portowe miasta Tanger i grecki Pireus, a stąd Ateny i Korynt, potem Egipt i Wyspy Kanaryjskie. Potem chodziłem po górach, w Polsce i w krajach ościennych, wędrowałem i patrzyłem, chłonąłem pejzaże Karpat w Rumunii, na Ukrainie, w Czechach i na Słowacji. Gdy pojawiała się możliwość dalszych podróży, zacząłem od Egiptu i Maroka, które już kiedyś odwiedziłem, tym razem „w całości”, a potem wybrałem się z rodziną do Ugandy i Rwandy. Tak się zaczęła moja przeogromna miłość do Afryki, do jej czerwonej ziemi, parków narodowych z wulkanicznymi górami, z safari na sawannie, z możliwością kontaktu z dzikimi zwierzętami, z pejzażami jak w Pożegnaniu z Afryką. Niezapomniane krajobrazy widziałem w pięknym miejscu w Tanzanii, nad Wielkim Rowem Afrykańskim. Hotel był położony na samej skarpie. Poszliśmy na kolację, a scena odsłoniła się jak kadr z tego filmu: wieczór, po środku sali fortepian, grający na nim Murzyn we fraku, mnóstwo dobrego jedzenia i olśniewający widok na ten Wielki Rów – na lśniące w dole jezioro Manyara w Parku Narodowym o tej samej nazwie, które się zwiedza, jadąc z Kenii do Tanzanii, a dalej droga prowadzi do Parku Narodowego Serengeti i jego rozległych sawann.
Byłem w Afryce 15 razy, z żoną i córką, które dzielą ze mną pasję poznawania świata. Afryka była dla mnie objawieniem, dlatego marzę, by wrócić do wielu miejsc, które już znam – ale niestety w wielu z nich trwa wojna.

HEMATOONKOLOGIA.PL: Jakie były te objawienia?

P.R.: Afrykańska czerwona od żelaza ziemia i dzikie zwierzęta, które na wolności wyglądają całkiem inaczej niż w ogrodach zoologicznych. Pierwsze z nimi spotkanie miałem w Ugandzie. Biuro podróży zorganizowało wycieczkę po raz pierwszy po zakończonych działaniach wojennych przeciwko dyktaturze Idi Amina, a ja znałem ekranizację książki Gilesa Fodena The Last King of Scotland o rządach tego „ostatniego króla Szkocji”, ale przede wszystkim byłem pod wrażeniem filmu Goryle we mgle i chciałem je zobaczyć w naturze. Goryle te żyją w Parku Narodowym Wulkanów (od 1983 r. rezerwat biosfery UNESCO) w południowej Rwandzie, przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga i Rwandą. Mógłbym jeździć tam co roku – odwiedzać największą grupę goryli górskich na świecie, w tym trójkącie granic trzech krajów zagrożonych kłusownictwem i biedą tubylców. Było jak na filmie – dżungla wysoko (2000 m) w górach, omszałe kamienie, porosty, gigantyczne liście, wszystko tonące w wilgoci i mgle. Cały dzień szliśmy: góra, dół, za przewodnikiem, z plecakami na plecach, siedem godzin. Już myślałem, że nic z tego nie będzie, kiedy stanęliśmy na dnie wyschniętego potoku i kazano nam zdjąć ekwipunek i powiedziano, że goryle są 10 m od nas. Wrażenie było wielkie. Najpierw osłupiałem, potem chwyciłem za aparat. Wyskoczył z grupy dominujący samiec i zabębnił pięściami o swoją klatkę piersiową, pokazując, kto tu jest panem – całkiem jak na filmie. Pojawiły się samice z młodymi, które zaczęły się bawić na naszych oczach. Jedno gorylątko wskoczyło na małą palmę i z niej spadło, bardzo zdziwione, kiedy pod jego ciężarem się złamała. Zwykle grupa siedmiu osób – przeszkolonych na wypadek agresywnych zachowań samca, np. gdy nieopatrznie wejdzie się między matkę a dziecko (trzeba paść na kolana, a gdyby to nie poskutkowało, jeść trawę) – zostaje w kontakcie z grupą goryli około godziny. Nam tak dobrze szło, że spędziliśmy z nimi dwa razy tyle czasu. Trzeba jeszcze było wrócić - potrzebowaliśmy siedmiu godzin na pokonanie tej samej co rano, wyboistej drogi. Do hotelu, z którego wyjechaliśmy o 4.00 rano, wróciliśmy dobrze po północy. Potem byliśmy w Rwandzie na grobie Diany Fosey – opiekunki goryli znanej z filmu. Jest pochowana na wysokości ponad 2000 m, na leśnej polanie, ze swoimi podopiecznymi: z Digitem, który miał zrośnięty kciuk z palcem, z Kwelim, małym gorylątkiem, które zabito. Na jej nagrobku napis po angielsku i w języku rządowym Rwandyjczyków ruanda-rundi (kinyarwanda) głosi: „Nikt nie kochał tak goryli, jak ona”. Wyprawa do goryli górskich zrobiła na mnie wielkie wrażenie, choć widziałem w Afryce inne zwierzęta i zwiedzałem wspaniałe zabytki, jak np. pałac królewski w Zimbabwe, oraz miejsca, jak ukryty wśród skał na płaskowyżu grób Cecila Rhodesa (jego nazwisko dało nazwę dwóm brytyjskim koloniom: Rodezji Północnej i Południowej, dziś Zambia i Zimbabwe). Byłem też w muzeum Kolei w Bulawayo w Zimbabwe, obserwowałem słonie i oryksy (w Namibii), krokodyle, antylopy, zebry i żyrafy w wielu miejscach na safari – w Tanzanii, Kenii, RPA, Namibii czy Zimbabwe.

HEMATOONKOLOGIA.PL: Jak się pojawiła Azja jako cel podróży?

P.R.: Wojny w Afryce skierowały moje kroki ku Azji – by tam, z kolei podziwiać nie zwierzęta, a widoki. Ostatnio - pejzaże indyjskich Himalajów, sylwetki buddyjskich klasztorów. Widziałem jeden z dwóch klasztorów, w którym Dalajlama jako władca Tybetu i szef Tybetańskiego Rządu na Uchodźstwie spotyka się z wiernymi. Ze spotkania z nim, w którym miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, wyniosłem podziw dla jego kondycji, sposobu mówienia, pogodnego uśmiechu, gestykulacji. Przemawiał trzy godziny w języku tybetańskich, czasem wplatając angielskie zdania. Cała dolina ściągnęła w jedno miejsce, by go posłuchać.

HEMATOONKOLOGIA.PL: Które widoki były niezapomniane?

P.R.: Te z objazdu dolin i dwóch najwyższych przejezdnych przełęczy Ladakhu: ok. 40 km od miasta Leh przełęcz Khardung La (uchodziła za mierzącą 5602 m, ale najnowsze badania wykazały, że ma 5359 m, a najwyższa jest Semola 5565 m). Droga przez przełęcz, zanurzona, mimo wysokości, w piekielnym upale, była jak nasze drogi na Mazurach: fragmentami bez asfaltu, ze żwirem i błotem z topniejącego śniegu na nawierzchni, z zalewającymi ją potokami, które nie sposób ominąć. Za to na drodze z Leh do Manali na przełęczy ChangLa (5300 m) – było zimno. W tych górach olśniewające widoki są za każdym zakrętem: góra wygląda inaczej, inaczej układa się słońce na jej zboczu, skały mają inny kolor, plamy bieli na białym tle niuansuje słońce jak pędzel malarza odtwarzający koronki kobiecej sukni w obrazach z cyklu Symfonia w bieli Jamesa McNeilla Whistlera. Było też gdzieś miejsce przypominające okolice Łeby – dolina Nubra – piaskowa pustynia z wydmami, blisko Himalaje z ośnieżonymi szczytami, a na ich tle idące wielbłądy.

Zachwyciły mnie też klasztory – wśród nich najstarszy – z X w. – w Alchi. To cały kompleks klasztorny, perła Ladakhu, Goupa Alchi (świątynia Dukhang, trzypoziomowa Sumsteg i świątynia Manjuśriego), położony na wysokości 3000 m, na południowym brzegu Indusu, z widocznymi w oddali ośnieżonymi szczytami Zanskaru i Ladakhu. Drewniane 5-metrowe posągi Buddy, góry, cisza absolutna. Wspomniana już siedziba Rządu Tybetu Daramsala i złota świątynia Sikhów. Trochę świątyń hinduistycznych. Wszystkie te obiekty i miejsca - bajeczne.

HEMATOONKOLOGIA.PL: Azja to tylko Tybet?

P.R.: Nie – to także Birma, Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Butan, kolejne królestwo himalajskie – Nepal – i parki narodowe Indii ze zwierzętami. W górach wysokości naszych Gór Świętokrzyskich widziałem tygrysa, w otoczeniu krajobrazu przypominającego połoniny bieszczadzkie, jak sobie szedł po łące. Moim marzeniem jest spotkać panterę śnieżną w Ladakhu (jest to możliwe od września do marca, kiedy szukają partnera i nie są zaszyte w miejscach niedostępnych dla człowieka).

HEMATOONKOLOGIA.PL: Co jeszcze w planach?

P.R.: Marzę o zobaczeniu w Mali glinianych meczetów w Dżenne, w Timbuktu, i o zwiedzeniu kraju Dogonów. To plemię z epoki kamienia łupanego żyje na bardzo wysoko położonym płaskowyżu pod rozgwieżdżonym niebem i zna szczegółowo charakterystykę układu Syriusza – Dogonowie wiedzą, ile ma księżyców, słońc itd. Swojego czasu planowałem wyprawę do największego parku narodowego ze zwierzętami w Afryce zachodniej w Republice Środkowoafrykańskiej – ale był zamach na dwa hotele. Myślałem też o Gabonie – jest tam park narodowy Luango, gdzie słonie kąpią się w oceanie – nieziemsko piękne krajobrazy - ale nie ma tam żadnych hoteli…

HEMATOONKOLOGIA.PL: Jaką ma Pan Profesor refleksję ogólną na temat swoich podróży?

P.R.: Podróże dają mi dystans, równowagę wewnętrzną, kontakt z pięknem, naturą i samym sobą – pozwalają bowiem (dają czas i wewnętrzną przestrzeń) na przemyślenia.
Ważna też jest dla mnie dla mnie ta rodzinna parabola: ja - mój ojciec i ja - moja córka – nasze wspólne wyjazdy. Z Inez (Agnieszką) zaczęło się od Muszyny, a skończyło na Wyspach Kanaryjskich i Maderze. Z zachwytem wspominam naszą wyprawę na wyspę Hierro, wulkaniczną skałę z jałowcami (wszystkie pod wpływem wiatru są wygięte w jedną stronę, co zapamiętały już nawet ich nasiona). Mieszkaliśmy w mini hotelu – dawnej bazie marynarki – na półwyspie wbitym w ryczący za ścianą ocean, z nieziemsko pięknym widokiem. Na płaskowyżu wyspy, jak w Szkocji, były małe poletka dla owiec. Szachownica czarno-zielona otoczona oceanem i ojciec z córką w oknie hoteliku – rodzinne wakacje. To było coś!

Podróżowanie po świecie w poszukiwaniu dzikich zwierząt, pięknych widoków i samego siebie
kodowanie: projekt: